Tydzień Wielkiej Miłości

Wyrok zapadł dużo wcześniej, bez sądu, bez procesu, bez świadków. Któż chciałby słuchać tych, którzy zostali uzdrowieni, uwolnieni, czy wskrzeszeni. Jezus był zagrożeniem. Realnym zagrożeniem przed zmianą, przed utratą wpływów. „Jeżeli Go pozostawimy w spokoju, to w końcu wszyscy w Niego uwierzą.” Faryzeusze byli przerażeni, a najlepszą bronią jest atak. Wydali wyrok na Jezusa za Jego plecami, w ciszy Najwyższej Rady, w tajemnicy przed ludem. Tylko Pan wiedział, że nadszedł już czas…

Po wskrzeszeniu Łazarza Jezus oddalił się wraz z uczniami w miejsce ciche i odludne. To były ostatnie chwile spokoju, ostatnie chwile z bliskimi. Tymczasem zbliżało się święto Paschy żydowskiej. Do Jerozolimy przybywały tłumy ludzi. Ludzi, którzy pragnęli poznać Mesjasza. Szukali Go więc wszyscy, dziwiąc się, że nie przybył, aby świętować. Gdy tłum zgromadzony w mieście dowiedział się, że Jezus się zbliża, podniósł gałązki palmowe i z okrzykami na ustach wysławiał Pana, Króla Izraela! Wieść o wskrzeszeniu Łazarza szybko się rozniosła wśród pielgrzymów, stąd piękne uwielbienie wjeżdżającego Pana na osiołku. Tylko faryzeusze szeptali z niechęcią po kątach „Cały świat idzie za Nim”.

Jezus wiedział, że nadeszła Jego godzina. Godzina męki i śmierci. Był człowiekiem. Po ludzku się bał, po ludzku wątpił, po ludzku płakał. Jako Bóg był świadomy konieczności poświęcenia Swojego życia. Z Miłości. Jaka to Miłość, która Boga kładzie jak baranka na ofiarę? Miłość niezrozumiała, Miłość nieodgadnięta. Miłość wszechogarniająca. Najpotężniejsze uczucie na świecie. Teraz każdy krok Pana stał się wyrazem tej Miłości, każde Jego słowo uczyło, jak kochać, jak żyć. Uczniowie jeszcze niewiele rozumieli, nie wierzyli, że ich Panu może się coś stać. Chcieli Go bronić swoim życiem, chcieli Go osłaniać swoją piersią. Odważni i waleczni. Do czasu. W chwili zagrożenia po ludzku się wystraszyli, zwątpili i zaprzeczyli. Jednakże potem po ludzku wrócili ze skruchą.

Dni przed świętem Paschy były czasem przygotowania. Przygotowania ludzi do święta. Przygotowania uczniów do nadchodzących wydarzeń. Przygotowania Jezusa do Ofiary. Jezus nie rozpaczał nad Swym losem. On dziękował Ojcu za Swoje życie, za Swoją Ofiarę. Przekazał apostołom Sakrament Eucharystii – Swoje Ciało i Swoją Krew, w miłości i jedności. Jedynie Judasz „po spożyciu chleba natychmiast wyszedł. A była noc.” Noc zdrady. Noc przeznaczenia. Noc pojmania. Noc niesprawiedliwego sądu.

Od tej chwili wydarzenia biegły zatrważająco szybko. Judasz zdradził Jezusa pocałunkiem wartym trzydzieści srebrników. Sprzedał Pana strażnikom żydowskim, którzy pojmali Go i zaprowadzili do Annasza, Kajfasza i Piłata. Faryzeusze wyrok już mieli wydany kilka dni wcześniej. Piłat, nie chcąc się narażać, umył ręce i oddał Jezusa Żydom. Tłum uwolnił Barabasza, skazując tym samym Jezusa na śmierć. Nie wystarczyło ubiczowania więźnia, nie wystarczyło ukoronowanie cierniem, nie wystarczyło publiczne upokorzenie. Musiała być droga krzyżowa, musiała być Golgota, musiał być krzyż. Musiała być okrutna śmierć.

Musiała być śmierć, aby było Zmartwychwstanie. Musiało być złożenie do grobu, aby grób pozostał pusty. Musiała być męka, aby było zbawienie.

Przed nami Wielki Tydzień. Daj mi Panie w tym świętym czasie spróbować poznać tę  Miłość, bez której nie byłoby Zmartwychwstania. Daj mi pójść drogą tej Miłości, drogą krzyżową i drogą zbawienia. Przed nami najświętsze dni: Tydzień Wielkiej Miłości!

Wiatr wieje, tam gdzie chce

Tagi

Z Janem Pawłem II spędziłam całe dzieciństwo. Śledziłam jego pielgrzymki. Chłonęłam jego energię. Obserwowałam jego cierpienie. Płakałam, gdy odszedł do domu Ojca. Był mi bliski w swojej obecności, choć często mało zrozumiały w swoim wybitnym teologicznym pojmowaniu życia.

Benedykt XVI ujmował mnie natomiast swoją powagą i spokojem, swym autorytetem i swoją mądrością. Jego konserwatyzm wskazywał mi właściwy kierunek i cel. Zaskoczył mnie swą nagłą decyzją i zaimponował odwagą, właściwą tym, którzy wiedzą, co czynią, którymi kieruje sam Pan Bóg.

A Pan Bóg bardzo lubi zaskakiwać. Po wybitnych teologach przyszedł czas Franciszka. Jak po wybitnych Ojcach Kościoła nastała era Franciszka z Asyżu, który swoją prostotą docierał do ludzi, tak też po wielkich Papieżach, nadszedł czas Papieża Franciszka, niezwykle otwartego na ludzi, bliskiego każdemu cierpiącemu i uniżonego w służbie bliźnim, dzisiaj niemodnego i archaicznego.

Współczesny świat zmienia się w zastraszającym tempie. Nawet czas, niezmienny od wieków, płynie znacznie szybciej. Natłok informacji zasypuje ludzkie umysły i niepokoi serca. Konsumpcjonizm wymazał wrażliwość i ośmieszył służbę. Odebrał cel, jakim jest zbawienie, wskazując na egoistyczne zaspokajanie swych potrzeb i zachcianek. Człowiek stał się bogiem, panem życia i śmierci, dla którego liczy się tylko pieniądz i przyjemność.

W takiej rzeczywistości Bóg powołał Papieża Franciszka, aby swoją osobą podtrzymał chwiejący się mur Kościoła, aby go na nowo wzmocnił swą postawą. Postawą pełną pokory, prostoty, służby i współodczuwania ludzkich problemów. Postawą pozbawioną egoizmu i wyniosłości.

Papież Franciszek jest mi bardzo bliski. Cenię go przede wszystkim za uproszczenie teologii, za łatwe w zrozumieniu prawdy wiary, za przybliżenie prawdziwego sacrum, za uświęcenie szarej codzienności. Cieszę się, że Ojciec Święty narobił rabanu i podnosi z kanap rzeszę młodzieży. Podziwiam go za to, że, mimo swego wieku, z młodzieńczym zapałem, prowadzi młodych ludzi suchą stopą przez morze wszechobecnego konsumpcjonizmu i cywilizacji śmierci. Kocham Franciszka za jego serdeczny optymizm i radość, za jego niezwykłą bliskość.

Światu w dniu dzisiejszym nie potrzeba trudnych dysput teologicznych, świat domaga się prostego przekazu wiary i przykładu pokornego życia, a w te wymagania trafnie wpisuje się Papież Franciszek. I choć każdy z nas ma swoją wizję świata, to tylko Najwyższy wie, co światu jest w danej chwili niezbędne. I dlatego daje nam, daje mi, Franciszka. Dziękuję.

„Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.”

Nieodgadniona tajemnica

Tagi

Sakrament pokuty pozostaje dla mnie wielką tajemnicą. Tajemnicą spotkania wspaniałego Boga i grzesznego człowieka. Boga, który cierpliwie czeka i człowieka, który wiecznie przed Nim ucieka. Boga, który słucha ze zrozumieniem i człowieka, który ciągle się powtarza w czynieniu zła. Boga, który otwiera ramiona i człowieka, który pragnie, choć boi się, miłości. Nieodgadniona tajemnica. Tajemnica, która sprawia, że za każdym razem staję się lepsza.

Sama spowiedź rodzi we mnie strach, lęk i wstyd. Strach przed przyznaniem się do grzechu, słabości, ukazania siebie prawdziwego, bez maski codzienności. Lęk przed otwarciem się przed drugą osobą. Wstyd za brud i bałagan w mojej duszy. Pamiętam wiele spowiedzi w swoim życiu, spowiedzi uwalniających, spowiedzi prowadzących, spowiedzi przynoszących radość i pokój, ale i spowiedzi całkowicie obojętnych, spowiedzi rozdrażniających, spowiedzi ze znakiem zapytania. Po odejściu od konfesjonału nie zawsze czułam się uwolniona i radosna, ale przecież nie o to chodzi w sakramencie pokuty. Każde spotkanie z Panem przynosi to, co jest nam akurat potrzebne. Nie zawsze potrafimy odczytać intencji Najwyższego, czy odszukać sensu w danym momencie, jednakże z perspektywy czasu zauważamy niezwykle przemyślany splot wydarzeń w naszym życiu i punkty, w których zadziałał bezpośrednio Bóg, w których wskazał nam palcem, gdzie iść lub powiedział, co robić.

Pamiętam jedną istotną dla mnie spowiedź, co ważne: bardzo spontaniczną i bez przygotowania. Impuls, lub inaczej kuksaniec od Pana Boga, nakazał mi wstać z ławki i podejść do konfesjonału, mimo nieprzygotowania i pomimo tego, iż właśnie rozpoczynała się Eucharystia. Od dziecka byłam nauczona, że do spowiedzi trzeba się gruntownie przygotować: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy. Nie lubiłam też spowiadać się w czasie mszy świętej, aby nie tracić piękna liturgii. A tu nagle popatrzyłam na konfesjonał, wstałam z ławki, przecisnęłam się przez ludzi i uklękłam z pustką w głowie, prosząc o rozgrzeszenie! Zupełnie nie pamiętam słów, które wtedy padły. Nie pamiętam też żadnych wrażeń, czy odczuć. Spowiedź trwała bardzo krótko. Taka najzwyklejsza spowiedź.

Jednak żadne spotkanie z Panem nie jest zwykłe. Wtedy, w tamtym konfesjonale, powstała rysa w murze, którym obudowałam swoje serce, rysa, która z czasem zaczęła się powiększać, łamiąc mury i budząc mnie ponownie do życia. Powoli Bóg odkopywał drogę do mojego zabarykadowanego serca, zaczął uwrażliwiać mnie na swoje działanie i swoją wszechobecność. Właśnie wtedy Pan wskazał mi zagubiony w przeszłości szlak.

Sakrament pokuty pozostaje dla mnie ciągle wielką tajemnicą. Ale chociaż boję się wyznania swoich słabości i wstydzę się swoich powtarzających się grzechów, to jednak wiem, że idę na spotkanie z miłującym i przebaczającym Panem, Panem siedzącym w cieniu drzewa oliwnego, wyciągającym ramiona i mówiącym do zatroskanych uczniów: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”.

Determinacja

Za Jezusem szły tłumy. Ludzie przeciskali się, chcąc usłyszeć Proroka, stanąć przy Nim, doświadczyć Jego łaski, uzdrowienia i pocieszenia. Pragnęli dotknąć niezwykłości Jego czynów, Jego wszechogarniającego spokoju i życiowej mądrości. Chcieli oderwać się od swoich problemów i poznać Tego, który przybył, aby ich zbawić. Napierali na Niego swoją tęsknotą za Miłosierdziem.

Część ludzi z zapałem chłonęła piękne słowa o Bogu Ojcu, który jest w niebie, słuchała krótkich życiowych przypowieści, dzieliła się swym trudem z innymi, pomagając sobie wzajemnie, tworząc prawdziwą wspólnotę przy Mesjaszu.

Inni chcieli poznać Jezusa. Coś o Nim słyszeli, dziwili się Jego cudami, nie wiedzieli, co o Nim myśleć. Szli za Nim z ciekawości, trzymali się na dystans, słuchali, lecz nie zawsze rozumieli. Wahali się, czy iść dalej, czy jednak nie trudzić się i wracać do domów.

Jeszcze inni szli w tłumie, aby się zabawić, porozmawiać, poznać nowych ludzi, może zobaczyć coś ciekawego, może uciec od codziennej prozy życia. W końcu działo się coś osobliwego. A Jezus był dla nich odległy, obojętny. Najważniejsze w Nim było tylko to, że przyciągał tłumy.

Jak w każdym tłumie znaleźli się też tacy, którzy na tych wydarzeniach chcieli zarobić oraz tacy, którym nauczanie Proroka przeszkadzało, którzy chcieli Go skrzywdzić, oczernić i pozbyć się Go.

Jak w życiu. Jak współcześnie.

Gdyby Jezus przyszedł na świat dzisiaj, podobnie skupiłby wokół siebie tłumy, choć pewnie znacznie większe. Oprócz rzeczywistego kontaktu, życiem Mesjasza żyłyby media. Jego głos dotarłby na krańce świata w jednej chwili, przez kliknięcie. Tłumy internautów skupiłyby się wokół Jego osoby, przesyłając Jego naukę w świat, zachwycając się Nim, jak i hejtując.

Zadałam sobie pytanie: w którym miejscu tłumu znalazłabym się, gdyby Jezus dzisiaj nauczał? Czy poszłabym ślepo za Nim z odwagą świadcząc o Prawdzie, którą głosi? Czy może z dystansem obserwowałabym Jego działalność, zaspokajając swoją ciekawość i znudzenie codziennością. A może próbowałabym przeszkodzić Jego misji, oczerniając Go, krytykując, rzucając bezpodstawne oskarżenia, czy zarzucając kłamstwo?

Ewangelista Łukasz wyróżnia w tłumie pewną kobietę, od lat cierpiącą na krwotok, schorowaną, umęczoną, ale niezwykle zdeterminowaną. Mimo, iż nie powinna wchodzić w tłum, mimo, iż nie może dotykać ludzi, to jednak z ogromną wiarą łamie obowiązujące zasady, narażając się społeczeństwu, wchodzi w tłum, przeciska się do Jezusa, chwyta Jego szatę i … zostaje uzdrowiona, tak przez przypadek, bez wiedzy i woli Pana. Jezus jest zaskoczony, szuka tego, kto dotknął Jego szaty, kto sam skorzystał z Jego mocy. Szuka tej przestraszonej kobiety, aby podkreślić, że to jej wiara ją uzdrowiła. Wskazuje na jej postawę, postawę niezłomnej wiary pełnej zaborczości i determinacji, takiej, jaką wykazują się często święci, z uporem wypraszając łask dla świata.

Gdyby Jezus dzisiaj nauczał, chciałabym mieć choć krztynę wiary tej bezimiennej kobiety, która z niezwykłą odwagą zagarnęła Boże uzdrowienie. Chciałabym mieć jej determinację i zaparcie, aby przeciskać się do Jezusa, mimo przeciwności, jakie stają mi na drodze, łamiąc ludzkie bariery i konwenanse. Chciałabym mieć jej odwagę, aby nie przejmować się tłumem wokół, który odtrąca, przeszkadza i zatrzymuje w dojściu do celu. Chciałabym mieć jej skuteczność, aby bez zastanowienia chwycić się Pana, aby wyrwać Mu Jego uzdrowienie.

Ale przecież Jezus dzisiaj naucza. Od wieków idą za Nim tłumy. Wystarczy dołączyć się do Niego, wmieszać się w tłum i z wiarą przeciskać się do Niego, aby dotknąć Jego szaty.

 

Marta i Maria

Dom. Na pewno zadbany, choć skromny. Na pewno czysty i gościnny. Z otwartymi drzwiami i przewiewnym wnętrzem. I dwie siostry, mieszkanki, Marta i Maria. Marta zaprosiła Jezusa, zmęczonego wędrówką, znużonego i głodnego. Wprowadziła Go do swojego domu, usadziła przy stole, przygotowała posiłek, usłużyła Panu. Z radością. Z poświęceniem. Rozdarta pomiędzy pragnieniem rozmowy z Jezusem oraz słuchaniem Go, krzątała się, aby nic Mu nie zabrakło, aby zjadł, co najlepsze i aby wypoczął po trudach wędrówki. Starała się z całych swoich sił, denerwując się, czy Gościowi niczego nie brakuje.

Maria tymczasem stała w cieniu, gdy Jezus przekroczył próg. Obserwowała zmęczonego Gościa, nie chcąc przeszkadzać. To Marta przecież przyjęła Jezusa, jak pisze św. Łukasz. Jednakże, gdy Jezus usiadł, odpoczął i zaczął mówić, Maria z zainteresowaniem i zachwytem osobą Gościa, usiadła u Jego stóp i słuchała. To o czym mówił Jezus, musiało być niezwykłe, piękne, fascynujące, gdyż pochłonęło Marię całkowicie. Myślami była przy Panu i Jego nauce, nie zauważając rzeczywistości, że Marta zmęczona biega, pragnąc jak najlepiej ugościć Pana.

A Jezus opowiadał o miłości, o pięknie, o Królestwie Bożym, o swoim posłannictwie i przeżytych dniach, o matce i uczniach. Maria zasłuchana siedziała u stóp Pana, a Marta coraz bardziej zmęczona krzątała się, jak przykładna gospodyni. Jednak zmęczenie wygrało. Poczuła się rozgoryczona brakiem pomocy ze strony siostry. Pragnęła odpocząć u stóp Pana, ukoić swój smutek i żal, jednak poczucie obowiązku nakazywało służyć. To przez tę służbę Marta obdarowała Gościa swoją miłością i przyjaźnią. Jednak utrudzona, miała żal do Marii, iż jej nie pomaga, aby i ona mogła przysiąść u stóp Pana. Rozgoryczona, zwróciła się zatem do Jezusa: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła.”

Jednak Jezus nie nakazał Marii, aby pomogła siostrze. Wręcz przeciwnie. Zatroskanym głosem, jakby martwiąc się o Martę, zwrócił jej uwagę, że zbyt dużo się martwi i niepokoi, a przecież potrzeba tak niewiele. „Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”.

Długo nie mogłam zrozumieć Jezusa, Jego strofującej postawy wobec Marty. Przecież to Marta Go przyjęła, otworzyła przed nim drzwi swego domu, ugościła Go najlepiej, jak potrafiła, i to Marcie została zwrócona uwaga, że nie postępuje właściwie. A przecież przez tę posługę Jezusowi Marta okazała swą miłość i przyjaźń, to jej sposób ukazania uczuć. Może nie potrafiła wylewnie przytulić się do Pana i skrywała swe uczucia w sercu, była zamknięta i kochała przez działanie. A Maria? Została pochwalona za swą postawę przylgnięcia do Jezusa, okazania Mu uczuć przez obecność i podziw, przez kontemplację Jego osoby. Pokazana jako przykład. Czy to sprawiedliwe? Nie pomogła Marcie, nie martwiła się o ugoszczenie Pana, o Jego godne przyjęcie w domu.

Dwie odmienne osoby. Marta i Maria. Dwa przykłady postaw ludzkich. Całkiem przeciwne. Może specjalnie przez Ewangelistę przejaskrawione. Czytając ten fragment Pisma Świętego, warto zastanowić się, ile w każdym z nas jest Marty, zalęknionej, zabieganej i walczącej z dniem codziennym, a ile jest w nas Marii, wyciszonej, przytulonej do stóp Pana i zasłuchanej w Jego słowie.

Bardzo lubię rozważać ten fragment Ewangelii, patrząc na Jezusa wypoczywającego w gościnie, na Martę zabieganą i zdenerwowaną całą sytuacją, i na Marię spokojną, wyciszoną, zasłuchaną. I choć częściej w życiu jestem jednak Martą, bo walczę z codziennością, martwię się rodziną, pracą, biegnę do sklepu, szkoły, czy do lekarza, to jednak uwielbiam być Martą i z zaufaniem przytulać się do Pana.

„Trzeba być jednocześnie: Marią wobec Mnie, Martą wobec ludzi” /Słowa Jezusa przekazane Alicji Lenczewskiej/

Wielki Post

Kolejna Środa Popielcowa. Kolejny Wielki Post. Kolejne postanowienia. Kolejne umartwienia. Kolejne rekolekcje. Kolejna spowiedź. Kolejna WIELKA NOC.

Wielkie koło życia właśnie zrobiło obrót. Znowu minął kolejny rok. Warto się w tym miejscu na chwilę zatrzymać, zwolnić i zastanowić się nad ostatnimi miesiącami. Czy ten rok był lepszy? Czy poprzedni czas postu przyniósł efekty? Czy staliśmy się mocniejsi wskutek pracy nad sobą? Czy zmieniliśmy nasze nastawienie do otaczających ludzi, kierując się bardziej miłością bliźniego, aniżeli swoim egoizmem?

Znowu stajemy przed umęczonym Panem, leżącym pod ciężarem krzyża, umęczonym biczowaniem i ukoronowanym cierniem. I patrzymy razem z tłumem gapiów, nie wiedząc, jak się zachować, czy otrzeć zakrwawioną twarz chustą Weroniki, czy pomóc nieść belkę krzyża, czy tylko rzewnie zapłakać. A może po prostu trzyma nas na tej drodze krzyżowej zwykła ludzka ciekawość, a krew i pot niewinnego człowieka – Boga nie robi na nas wrażenia.

Jak w tym nadchodzącym czasie uczulić się na Bożą niewinną mękę? Po ludzku patrząc, te nasze zwykłe postanowienia i posty niewiele przyniosą, bo cóż zmienią w życiu duchowym, gdy nie odczuwamy prawdziwej boleści umęczonej duszy, bo cóż pomogą w tej naszej obojętności wobec męki… Jednakże każde nasze wyrzeczenie poświęcone Bogu, to maleńki krok w Jego kierunku. Krok, który może nas zatrzymać przy umęczonym Panu, abyśmy mieli szansę zapłakać, chociaż zapłakać, bo przecież nie każdy może pomóc nieść krzyż, nie każdy został do tego wskazany, jak Cyrenejczyk

Najgorsza jest obojętność, gdy Boże poświęcenie nie robi na nas wrażenia. Wtedy łatwo możemy po prostu odejść z tej drogi krzyżowej, zamknąć się w swoich czterech ścianach ze strachu przed wyśmianiem czy prześladowaniem. Może tak jest łatwiej, przyjemniej, bez łez, bez rozpaczy i smutku. Jednak może nas ominąć, to co najważniejsze, to bez czego życie nie miałoby sensu. Zmartwychwstanie!

Myślę, że lepiej tymi małymi wielkopostnymi postanowieniami czy postami towarzyszyć Jezusowi w Jego męce, współczuć mu, mimo bezsilności, mimo braku efektów, mimo obojętności, mimo zmęczenia czy zniechęcenia. Warto iść za Nim choćby drobnymi krokami ze swoim krzyżem codzienności i problemów. Nie każdy przecież od razu mógł nieść krzyż z Jezusem. Ale każdy mógł razem z Nim odczuć radość Zmartwychwstania!

Przed nami zatem kolejny Wielki Post, kolejne postanowienia, kolejne umartwienia, kolejne rekolekcje, kolejna spowiedź, kolejna WIELKA NOC.

Po prostu kolejna szansa…

 

Spotkanie

Tagi

Życie to spotkanie. A człowiek jest sumą spotkań.

W dzieciństwie spotkałam Franciszka, ubogiego zakonnika, w przybrudzonym suknie, który nauczył mnie radości i zachwytu nad światem. Towarzyszył mi w codziennych obowiązkach, w szkole, w chwilach trudnych i po ludzku ciężkich. Wypełniał moją samotność i uczył mnie Boga. Modliłam się z zachwytem nad stworzeniem, wielbiąc Boga w tym, co mnie otacza. Franciszek nauczył mnie dostrzegać Najwyższego w najmniejszym skrawku świata, w najsłabszych stworzeniach ziemi. Otworzył moją duszę na piękno. Dziękuję Ci Franciszku!

Potem spotkałam Joannę, średniowieczną Francuzkę, walczącą pod Bożym dowództwem. Joannę poznałam w kinie. Po seansie wyszłam zachwycona jej powołaniem, zafascynowana jej determinacją i zadziwiona jej konsekwencją. Jednak najbardziej wypełniała mnie tęsknota za tą pewnością, że to Bóg ją prowadzi. Też tak chciałam, też tego pragnęłam z całych sił. Poczułam niedosyt i niespełnienie. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czego chce ode mnie Bóg, co mogę dla Niego zrobić? Joanna uczyła mnie ogromnej wiary, uczyła mnie, jak przyjmować Bożą wolę. Dziękuję Ci Joanno!

I wreszcie spotkałam Urszulę, w szarym habicie z delikatnym uśmiechem – zupełne przeciwieństwo Joanny. Urszula towarzyszyła mi w rozeznawaniu powołania. Chciałam pójść jej śladami. Odwiedziłam ją w Pniewach, gdzie przytuliła mnie do swego serca i wlała otuchy. Byłam już zdecydowana podjąć wyzwanie i wkroczyć na ścieżkę zakonną. I wtedy Urszula delikatnie związała mnie z moim mężem. Stała przy mnie, gdy zaczynaliśmy się spotykać, wspierała, gdy się rozstaliśmy i prowadziła, gdy się pobraliśmy. Jest przy nas do tej pory w codziennej modlitwie i w małym obrazku stojącym na komodzie. Dziękuję Ci Urszulo!

Dzisiaj najczęściej spotykam Ignacego, który towarzyszy mi w codziennym trudzie i ciężkich wyzwaniach. Prowadzi mnie swoją duchowością do całkowitego zawierzenia Bogu, do obojętności wobec przeciwności. Odsuwa mój lęk o bliskich, uczy pokory, pokazuje mi obecność Boga w moim codziennym, szarym życiu. Napełnia energią do działania, podnosi z depresji, zwalcza lenistwo. A przede wszystkim pokazuje, że cokolwiek czynię, gdziekolwiek się znajduję, z kimkolwiek rozmawiam, robię to na chwałę Bożą. Uczy mnie kontemplować trud codzienności i zawierzać wszystko Bogu. W pracy na biurku, pod stertą spinaczy, mam malutki obrazek Ignacego z najpiękniejszą modlitwą mojego życia, którą staram się jak najczęściej odmawiać:

„Zabierz, Panie i przyjmij całą wolność moją

pamięć moją i rozum, i wolę ma całą, cokolwiek mam i posiadam.

Ty mi to wszystko dałeś – Tobie to, Panie, oddaję.

Twoje jest wszystko.

Rozporządzaj tym w pełni wedle swojej woli.

Daj mi jedynie miłość twą i łaskę,

albowiem to mi wystarcza. Amen.”

Dziękuję Ci Ignacy!

Życie to spotkanie. A człowiek jest sumą spotkań. Oby tych pięknych i owocnych spotkań było jak najwięcej 🙂

 

 

Mój sposób na modlitwę…

Tagi

Każdy poranek witam z radością. Wpuszczam przez okno ciepłe promienie słońca i daję się im otulić. Myślę: „dobrze, że jesteś Panie”. Oddaję Bogu cały przychodzący dzień, z ufnością i wszechogarniającym spełnieniem. Cieszę się na kolejne chwile pełne miłości, pełne możliwości, pełne Bożej obecności.

Otwieram Pismo Święte. „Cóż mi chcesz powiedzieć, Panie? Czekam na Twe święte słowa.” Poświęcam krótką chwilę na medytację fragmentu Ewangelii na dany dzień. Czytam, słucham, rozumiem i przyjmuję jako najwspanialszą wskazówkę na życie. Cieszę się tym Słowem. Wypełnia mnie prawdziwie piękną wewnętrzną radością, z którą idę w codzienne obowiązki.

W ciągu całego dnia z gorliwością wypełniam obowiązki w domu, w pracy. W myślach poświęcam te chwile Bogu. Daje mi to motywację i siłę w rozwiązywaniu piętrzących się problemów. Napełnia mnie to radością wewnętrzną, którą obdarowuję otaczających mnie ludzi. Uśmiecham się, pomagam, wysłuchuję.

W wolnej chwili odmawiam cząstki różańca, który noszę na nadgarstku. W sobie wiadomej intencji. Z zapałem. Ze skupieniem. Zanurzając się w tajemnicach życia Jezusa oczami Jego Matki. Nowenna pompejańska.

Cieszę się wszechogarniającą obecnością Pana Boga, Jego miłością i pięknem. Z uczuciem spełnienia i pełnej satysfakcji w służbie Bogu i ludziom klękam do wieczornej modlitwy i oddaję cały dzień, dziękując za błogosławieństwo i moc łask.

Pragnę, żeby tak było zawsze, nie chwilami, albo wcale.

A tymczasem budzę się rano zmęczona niepokojącymi snami i biegiem życia codziennego. Z wysiłkiem podnoszę się z łóżka, biorę do ręki Pismo Święte i czytam. Często tylko czytam. Ciężko jest mi się skupić, ciężko obudzić, ciężko zrozumieć, ciężko się modlić. A cóż dopiero słuchać głosu Pana?

Staram się wysłuchać komentarzy o przeczytanym fragmencie. Są trafne i często dotykają mojej duszy. Cóż z tego, kiedy po chwili wszystko odchodzi w krainę niepamięci. I jak wcielić je w życie?

Codzienność mnie goni, przerasta, popycha, przygniata, niesie ciągle w biegu do przodu. Ludzi spotykam i ich opuszczam. W zamieszaniu zranię, okrzyczę, uszczypnę słowem. Gdzie w tym miłość bliźniego, czy choćby ludzkie współczucie?

Odmawiam nowennę pompejańską. Klepię cząstki różańca w wolnej chwili, w przelocie lub wieczorem przysypiając nad paciorkami. Tajemnice przelatują przed oczami wyobraźni jakieś takie dalekie, nie do osiągnięcia. Tylko intencja w sercu, w  głuchej ciszy, uderza o ściany sumienia. Gdzie jest w tym szczera prośba i wdzięczność, i gdzie rzeczywiste spotkanie z Matką?

I wreszcie wieczór. Po ciężkim dniu klękam przed Panem, klepię formułkę, zbyt zmęczona, by po prostu podziękować, a może uwielbić? Próbuję nie usnąć do „Amen”.

Całe życie próbuję. Całe życie szukam. Pan Jezus w przypowieści o domu budowanym na piasku i na skale nie powiedział, że ten, kto ma skalne fundamenty, zawsze będzie miał piękną pogodę. Wyraźnie zaznaczył, że przyjdzie deszcz, wiatr, ulewa. Trwałe fundamenty mogą pomóc jedynie stać w pionie.

Dlatego modlę się, wzmacniam fundamenty, trwam w czasie burzy i czekam na słońce.

Zwiastowanie

Co czuła Miriam, młoda dziewczyna, gdy Anioł stanął przed nią z propozycją macierzyństwa? Czy bała się niewiadomego? Czy zastanawiała się, że to jedno „tak” zmieni całe jej życie, zagmatwa je, utrudni, pokrzyżuje plany. Czy wątpiła w prawdziwość słów Boga?

Co ja bym czuła w podobnej sytuacji? Czy umiałabym, jak Miriam, bez wahania pójść ścieżką wskazaną przez Pana?

Nie jestem odważna, nie jestem święta. W moim sercu mieszka niepokój i ciągłe niedowierzanie, że Bóg przychodzie, że jest cały czas ze mną, że mnie prowadzi. Ciągle wątpię w Jego obecność i miłość. Nie potrafię bezgranicznie zaufać i swoim „tak” zbliżać się do Niego. Notorycznie uciekam przed Jego głosem, aby nie rezygnować z bezpiecznej przystani i wygodnego życia. Boję się zmian i nowych wyzwań, zwłaszcza takich, które wymagają zaparcia się siebie, pójścia w nieznane.

Maryjo, Ty, która się nie wahałaś, naucz mnie mówić „tak”, bądź dla mnie wzorem pokory i poświęcenia, uwolnij mnie od egoizmu życia codziennego i leniwego wygodnictwa, dodaj mi odwagi do przyjęcia Bożego Słowa, pokaż, jak słuchać, by usłyszeć i patrzeć, by zobaczyć.

Powiedz, jak prawdziwie kochać, by służyć.

Adwent

Tak trudno mi żyć w ciemności,

w letargu, w nicości,

gdy niebo szare płacze swym smutkiem,

a ciężkie chmury opadają na myśli zatrzaśnięte w skorupie.

Tak ciężko posuwać się do przodu bez chęci i energii,

bo chcą, bo tak należy,

bo życie toczy się dalej.

 

Z zewnątrz uśmiech, rozmowa,

powierzchowna radość, zabawa, muzyka,

byle zagłuszyć, byle nie słyszeć, byle nic nie czuć,

byle nie myśleć.

Wypada dać się ponieść tej magii.

 

Na ulicy błyszczą wielobarwne drzewka

i głośno wyśpiewują bieluchne anioły,

stary Mikołaj stuka laską w płyty chodnikowe

i czerwonym workiem częstuje słodyczą.

 

Gdy moc pozytywek zagłusza gwar rozmów,

a wiatr niesie zapach korzennego wina,

w harmiderze śpiewanych kolęd i pastorałek

Maryja klęczy w ciszy przed Bogiem

i czeka na Jego Słowo,

z Józefem mistrzem poświęcenia i niewspółczesności

wędruje do Betlejem.

I daje nam Boga.

 

Oby to nikłe światełko Betlejem zaiskrzyło

w mym ciemnym, samotnym i brudnym sercu,

jak w stajence wśród bydła,

w ciszy, w skupieniu i miłości.

Niech rozświetli ciemność, wypełni pustkę

i nada sens życiu.

 

Tylko muszę pozwolić, aby Bóg się narodził

i nie zaginął pod barwną choinką.