Stacja 1. Skazanie na śmierć


Panie, stoisz przed Piłatem jak skazaniec. Przywleczony przez tłum, który już Cię osądził. Pogodzony z losem. Niezrozumiany. Opuszczony przez najbliższych. Zdradzony przez zaufanych. Poniżony przez tych, którzy chcieli widzieć Cię królem. Znienawidzony przez tych, których ukochałeś. Cichy. Cierpliwy. Pokorny. Bóg, który oddaje się w ręce człowieka. Bóg wszechmogący, który z miłości staje się bezradny.
Panie, ja człowiek, uwierzyłem, że jestem bogiem. Zawładnąłem światem. Zniewoliłem naturę. Okiełznałem żywioły. Zacząłem rządzić życiem i śmiercią, głosić dobro aborcji i eutanazji. Zapomniałem, że wszystko, co potrafię i posiadam, zawdzięczam Tobie. Dopiero teraz, w obliczu epidemii, zaczynam zastanawiać się nad moją wydumaną wszechmocą. Jeszcze wołam wraz z tłumem: „na krzyż z Nim”. Ale już coraz ciszej. A Ty stoisz przed tłumem i przed Piłatem, bez słowa, z pokorą przyjmujesz wyrok i czekasz, kiedy w końcu dostrzegę prawdę o sobie.
Panie, naucz mnie prawdziwej pokory, abym potrafił w prawdzie stanąć przed Tobą i z ufnością przyjąć Twoją wolę.

Stacja 2. Przyjęcie krzyża na ramiona

Panie, po morderczym ubiczowaniu, z cierniami wbitymi w skronie, umęczony, zakrwawiony przyjmujesz na swoje ramiona belę krzyża. Surowe drewno wbija Ci się w świeże rany, powodując niewyobrażalny ból. Ciężar krzyża przygniata Twoje ramiona. Zgarbiony pod ciężarem, obolały, niepodobny do siebie, u kresu sił, robisz pierwszy krok w kierunku Golgoty. I drugi. I trzeci…
Panie, stałem się centrum świata. Przestałem zauważać cierpienie i potrzeby ludzi żyjących obok mnie. Pogrążyłem się w przyjemnościach, w zabawie, szaleństwie, karierze. Ja – najwspanialszy, najlepszy, idealny, niezwyciężony i wieczny. To moje pragnienia i potrzeby stały się najważniejsze. To ja stałem się najważniejszy. Nie zauważyłem nawet, kiedy rozpocząłeś Swoją drogę krzyżową. Dopiero teraz, gdy z każdym dniem media informują o kolejnych setkach, tysiącach umierających, o ciężko chorujących, o braku lekarstw, o bezradności lekarzy i personelu medycznego, dopiero teraz dostrzegam swoją bezradność, małość, kruchość, bezsilność. Dopiero teraz zaczynam się bać.
Panie, daj mi siły, wytrwałości i odwagi, abym z ufnością, ze swoim krzyżem na ramionach, poszedł za Tobą na Golgotę.

Stacja 3. Pierwszy upadek

Panie, każdy krok jest dla Ciebie ogromnym wysiłkiem, niewyobrażalnym bólem. Poganiany przez rzymskich żołnierzy idziesz jednak do przodu. W końcu ze zmęczenia upadasz na ziemię. Kamienie ranią Twoje kolana i łokcie. Twoje ciało, które w całości jest jedną raną, wbija się pod ciężarem krzyża w kamienistą, pełną piachu drogę. Masz dość, ale wiesz, ze musisz iść dalej, bo Twoim celem jest krzyż.
Panie, w moim świecie nie było miejsca na upadki, przecież zostałem stworzony do sukcesu. Nie mogłem odpaść, okazać się mięczakiem, przyznać się do słabości. Robiłem wszystko, aby błyszczeć, gwiazdorzyć, szpanować. Stres zapijałem najlepszymi alkoholami i zagłuszałem szaleńczą muzyką. Imprezy. Balangi. Powoli ogarniał mnie lęk przed przegraną, nerwica, depresja. Moje życie stawało się zbyt ciężkie, by żyć dalej. Dopiero dzisiaj, gdy zaczynam bać się zarażenia, gdy tracę swobodę codzienności, gdy każdy kontakt staje się zagrożeniem, widzę Twoją wszechogarniającą miłość, która pozwala Ci przekraczać granicę bólu i wyczerpania, i dźwigać się z krzyżem z upadku.
Panie, w obliczu pandemii, nie pozwól mi zanurzyć się w strachu, lęku i bólu, ale daj mi odwagę z radością żyć, aby stawać się wsparciem dla innych.

Stacja 4. Spotkanie z Matką

Panie, jesteś pogrążony w ogromnym bólu. Niesiesz krzyż na Golgotę, aby oddać Swoje życie za każdego człowieka. Nie masz niezranionej części ciała. W Twojej twarzy, postawie trudno rozpoznać Jezusa z Nazaretu, tego, który Swym wzrokiem pełnym miłości przyciągał ludzi. W tym ogromnym poniżeniu spotykasz Matkę. Jest Ci jeszcze trudniej, widząc ogromne cierpienie na ukochanej twarzy.
Panie, zawsze czułem się najważniejszy. Nie dostrzegałem potrzeb innych ludzi, nie doceniałem ich miłości, ich uczuć. Raniłem najbliższych swoim postępowaniem. Moje ego budowało we mnie poczucie wyższości i pogardy. Ja. Ja. Ja. Nawet w czasie spowiedzi obwiniałem innych za swoje postępowanie, wybielając swoje grzechy. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że choroba może zabrać moich bliskich, może zabrać mnie. Patrzę na ich cierpienie, lęk, obawy. I żałuję, że dotąd tak mało kochałem.
Panie, przepraszam Cię za mój egoizm, za moją wyższość. Proszę, miej w opiece tych, których kocham najbardziej.

Stacja 5. Spotkanie z Szymonem

Panie, nie masz już siły by iść. Potykasz się. Zatrzymujesz. Prowadzący Cię żołnierze zaczynają się irytować. W końcu zbliżają się do ludzi przyglądających się Twojej męce. Chwytają pierwszego z brzegu mężczyznę i siłą przyciągają do Ciebie. Rozkazują mu chwycić Twój krzyż i nieść go razem z Tobą. On nie chce. Nie chce dotykać brudnego krzyża. Nie chce być kojarzony z przestępcą. To wstyd. Hańba. Przymuszony, pomaga Ci w drodze na Golgotę.
Panie, moje życie było gonitwą. Gonitwą za pieniądzem, za karierą, za uznaniem, za sławą. Nie patrzyłem na innych. Nie interesowało mnie, co się dzieje wokół. Nie martwiłem się o nikogo, poza sobą. Pędziłem w wirze współczesnego szaleństwa. Szybciej niż czas. Moich bliskich zostawiłem za sobą. Bo jacyś niedzisiejsi, zacofani, naiwni… Jakoś sobie poradzą… Dopiero teraz, gdy świat się zatrzymuje i ja zostaję zmuszony do zatrzymania, zostaję zmuszony do izolacji i zamknięcia, widzę, pomimo zniecierpliwienia i złości na sytuację, co jest naprawdę ważne w życiu.
Panie, dziękuję Ci za to, że, dla mojego dobra, stanowczo wkraczasz w moje życie. Spraw, abym jak Szymon z Cyreny w przymusie Twojej miłości stał się Twoim świętym.

Stacja 6. Spotkanie z Weroniką

Panie, ta ostatnia droga Twojego życia jest niezwykle trudna. Przez pot, krew i łzy wycieńczenia nie widzisz, co się wokół dzieje. Idziesz ostatkiem sił. Potykasz się. Obijasz się o zgromadzony po drodze tłum. Nagle czujesz na Swojej twarzy świeże muśnięcie materiału, czujesz dotknięcie miłości Weroniki. Ona chciała Ci pomóc. Swoim czynem może zadrasnęła Twe rany, może Cię zabolała poraniona twarz, ale w sercu poczułeś jej szczerą miłość.
Panie, ja ciągle się spieszyłem. Zawsze. I w pracy. I w domu. I na ulicy. Mijałem najbliższych, mijałem znajomych, mijałem przechodniów, szybkim krokiem, ze spuszczonym wzrokiem, ze słuchawką na uszach. Nie widziałem, że dziecko potrzebowało pomocy w lekcjach, że koleżanka martwiła się o chorą mamę, że na ulicy leżał pijany mężczyzna. Dopiero teraz, gdy życie w swojej codzienności się zatrzymało, dostrzegłem, że mogę niczym Weronika, z głębi serca pomóc najbliższym, wysłuchać ich, spędzić z nimi trochę czasu. Nagle dostrzegam, że wokół jest wiele osób, które mogę po prostu zauważyć i obdarzyć odrobiną miłości.
Panie, dziękuję Ci za ten dany mi czas, czas wytchnienia, czas zatrzymania. Proszę, abym wykorzystał go maksymalnie i potrafił zauważyć innych wokół mnie.

Stacja 7. Drugi upadek

Panie, im dłużej idziesz, tym drzewo krzyża staje się cięższe, wbija się w Twoje rany, uderza w Twoją ociernioną głowę. Droga wiedzie coraz bardziej pod górę, staje się coraz trudniejsza. Każdy krok sprawia Ci ogromny ból, chwiejesz się ze zmęczenia i potykasz się o leżące kamienie. W końcu upadasz. Po raz drugi. Belka uderza o ziemię, przygniata Ci ramię. Każdy zastanawia się, czy to już koniec, czy dasz radę iść dalej. Dajesz radę. Powstajesz po raz drugi.
Panie, w przeszłości bywały chwile, gdy zastanawiałem się nad sensem życia, nad sensem istnienia. Stałem nad życiową przepaścią i myślałem, czy warto się starać, czy warto się męczyć, czy warto… Dni wypełniała ciemność, smutek, bezsens. Nic mi nie wychodziło. Nic mi się nie chciało. Nawet łzy nie istniały i nie przynosiły ulgi. W świetle obecnej pandemii nagle zauważyłem, że moje problemy są niczym wobec daru zdrowia i życia, że wszelkie ciemności ustają, gdy zaczyna się myśleć o ludziach wokół, o ich zmartwieniach, chorobach i śmierci, że trzeba po prostu powstać i iść dalej.
Panie, Ty powstałeś drugi raz po krzyżem, proszę daj mi siły, abym nie zanurzał się w swoich problemach i abym nie dał się pochłonąć ciemności, ale abym za każdym razem powstawał i z odwagą stawiał czoła życiu.

Stacja 8. Spotkanie z płaczącymi kobietami

Panie, przed chwilą z ogromnym wysiłkiem podniosłeś się z ziemi i ponownie wziąłeś na ramiona Swój krzyż, aby zanieść go na Golgotę. Idąc, mimo ogromnego zmęczenia i bólu zatrzymujesz się przed płaczącymi niewiastami, aby je pocieszyć, aby dodać im otuchy, aby wskazać im cel ich życia. Ty wypełniasz wolę Ojca, to do czego zostałeś wezwany. One mają wypełnić swoją misję, swoje powołanie. Nie chcesz, aby płakały za Tobą, ale aby wróciły do swoich rodzin i im poświęciły swoją miłość.
Panie, długo szukałem swojej drogi. Popełniłem wiele błędów, skrzywdziłem wielu ludzi, podjąłem wiele nietrafionych decyzji. Znalazłem się mniej lub bardziej świadomie na drodze, którą idę. Teraz przyszedł czas na refleksję, czy dobrze wybrałem, czy idę we właściwym kierunku, czy to kim jestem, to był mój plan, czy Twój plan. Dzisiaj staję przed Tobą, współczuję, płaczę, pragnę pomóc, a Ty wskazujesz na chorych, na umierających i prosisz, aby się nimi zajął, abym pomógł ich ratować, abym wspierał ich słowem, abym zarażał pokojem, abym modlił się za umierających.
Panie, pozwól mi odnaleźć swoje miejsce w obecnym czasie, abym nie był obojętny na cierpienie ludzi wokół, abym starał się pomagać w miarę swoich sił i możliwości.

Stacja 9. Trzeci upadek

Panie, znowu upadasz. Nie masz już siły by ominąć kolejny kamień. Na drodze słychać dudnienie belki krzyża odbijanej od podłoża, nad którą unosi się chmura pyłu. Z twoich ust wyrywa się cichy jęk. Nie masz już siły, by krzyknąć z bólu. Jakiś żołnierz Cię kopie. Drugi chce Ci pomóc wstać, ale inni mu nie pozwalają. A Ty leżysz nieruchomo w pyle i brudzie, niepodobny do człowieka, cały w zaschniętej krwi i błocie z potu i kurzu.
Panie, był czas, że wątpiłem w Twoje istnienie. Wiara przeszkadzała mi w życiu. Ograniczała moją codzienność, moją wolność, zabierała mi moje życie. Przestałem chodzić do spowiedzi, bo była mi niepotrzebna. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się przed jakimś księdzem z mojego życia. Potem przestałem chodzić na niedzielną mszę. Wreszcie zacząłem szydzić z kościoła, z księży, z obrzędów. Dopiero teraz, w obliczu zagrożenia, gdy panicznie się boję i nie wiem, co robić, przypominam sobie o modlitwie. Proszę Cię o zmiłowanie. Proszę Cię o wybaczenie. Proszę Cię o kolejną szansę. Chcę zaufać Ci na nowo. Pragnę Twojej opieki, Twojego spokoju i Twojej miłości. Razem z Papieżem i całym Kościołem wołam: „Zbudź się Panie!”. A Ty powstajesz po raz trzeci.
Panie, proszę Cię o łaskę bezgranicznego zaufania w Twoje miłosierdzie i w Twoją opiekę nad nami.

Stacja 10. Obnażenie z szat

Panie, doszedłeś w końcu na Golgotę. Żołnierze zdejmują Ci z pleców belkę krzyża. Stoisz z ledwością przed tłumem, zgarbiony, pochylony w bólu i słabości. Trudno Cię poznać. Twarz całkowicie zniekształcona, wykrzywiona w grymasie bólu, bez wyrazu, pełna ogromnego cierpienia. Żołnierze ze śmiechem zrywają z Ciebie ostatnią szatę. Wśród obelg i pogardy stajesz nagi i bezbronny przed tłumem. Na ciele nie masz miejsca niedotkniętego męką i cierpieniem. Odarto Cię ze wszystkiego, co ludzkie.
Panie, czułem się panem świata. Miałem kasę, marzenia, plany. Podróżowałem. Spełniałem swoje wszystkie zachcianki. Nie liczyłem się z nikim i niczym. Moi przyjaciele, kumple byli tylko po to, abym był szczęśliwy, spełniali moje potrzeby uznania, podziwu, chęci posiadania. I nagle wszystko stanęło. Świat się zatrzymał. Kryzys ekonomiczny i finansowy. Zamknięte granice. Brak połączeń lotniczych. Zamknięte sklepy. Kwarantanna. Samotność. Lęk. Wszystko mi odebrano.
Panie, spraw, aby czas epidemii pokazał mi, co jest prawdziwą wartością w moim życiu.

Stacja 11. Przybicie do krzyża

Panie, żołnierze rzucają Cię na krzyż, siłą przytrzymują Twoje ręce i stopy, i z ogromną siłą wbijają w nie wielkie gwoździe. Wokół słychać miarowe uderzenia młota, chrzęst pękających kości i Twój jęk bólu i cierpienia. Wijesz się w męce. A przecież możesz w każdej chwili wstać, możesz przerwać tę mękę… Nie robisz tego. Patrzysz z miłością na każdego z nas, ofiarując Ojcu.
Panie, w moim życiu układało się różnie. Nie miałem za co Ci być wdzięczny. Choroby. Operacje. Niepełnosprawność. Odrzucenie. Samotność. Inni żyli sobie szczęśliwie. A ja? Trudno mi było żyć między szpitalem, a przychodnią, między rehabilitacją a zabiegiem. Byłem zgryźliwy, marudny, męczący dla tych kochanych osób, które się mną opiekowały. Bo byłem zmęczony, samotny, czułem się poszkodowany, gorszy, czułem się ciężarem. Teraz, gdy czytam o chorych na koronawirusa, opuszczonych w szpitalach, pozostawionych na śmierć w swoich domach, odrzuconych z leczenia, bo za starzy, dziękuję za swoje życie, za najbliższych, za to, że mam nadzieję na przyszłość.
Panie, dziękuję Ci za każdy dzień mojego życia i proszę zaopiekuj się tymi, którzy stracili już nadzieję na przyszłość.

Stacja 12. Śmierć Pana Jezusa na krzyżu

Panie, przyszedł w końcu moment, gdy na Golgocie stanął krzyż. Twój krzyż. Na nim Ty. Umęczony. Poniżony. Nagi. Niewyobrażalnie cierpiący. I samotny. Cierpisz okrutnie nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Umierasz w ogromnej męce z ogromnej miłości.
Panie, był moment w moim życiu, gdy byłem na dnie. Na dnie życia. Chciałem umrzeć. Straciłem wszystko. Rodzinę. Przyjaciół. Pieniądze. Dom. Pozostał tylko alkohol, narkotyki, świat przestępczy. Pragnąłem śmierci. Szukałem możliwości samobójstwa. Wtedy ujrzałem Ciebie na krzyżu. A właściwie to Ty spojrzałeś na mnie. Spojrzałeś z tak ogromną miłością, że dałem radę się podnieść. Teraz patrzę na Ciebie wiszącego na krzyżu i proszę, abyś spojrzał z taką samą miłością na wszystkich konających samotnie w szpitalach i domach, aby nie czuli się już samotnie.
Panie, błagam, abyś w Swoim niewyobrażalnym miłosierdziu przyjął dusze wszystkich umierających i przytulił je do siebie. Na zawsze. Jak Dobrego Łotra.

Stacja 13. Zdjęcie z krzyża

Panie, niewielu bliskich stało pod Twoim krzyżem. Nic dziwnego, że czułeś się przeraźliwie samotny. Apostołowie rozpierzchli się tchórzliwie po Jerozolimie, chowając w najciemniejszych szczelinach. Pod krzyżem pozostał jedynie Jan, który podtrzymywał Twoją Matkę. Twoja męka i śmierć są dla Maryi ogromną próbą, ogromnym cierpieniem. Ale Ona trwa przy Tobie, bo bezgranicznie zaufała Bogu. Od początku. A Bóg ofiarowuje Jej ciało Swojego Syna, które Ona utula w swoich ramionach i oblewa swoimi łzami.
Panie, nigdy nie rozumiałem, o co chodzi w tym kościele. Coniedzielne, obowiązkowe msze, na które musiałem uczęszczać przez całe dzieciństwo. Zaliczałem kolejne sakramenty po to, aby jak najszybciej się uwolnić od obowiązkowych nabożeństw. Po bierzmowaniu przestałem uczęszczać do kościoła. Potem tylko ślub kościelny, aby zadowolić rodziców, chrzest dzieci, pierwsze komunie. Teraz, gdy się boję choroby i śmierci, zacząłem prosić Boga o opiekę, o zmiłowanie. I właśnie teraz, gdy poczułem, że Go potrzebuję, zabrano mi możliwość uczestniczenia we mszy. Teraz poczułem tęsknotę za Eucharystią.
Panie, proszę napełnij moje serce otuchą, abym wytrwał w tym czasie próby i prawdziwie zatęsknił za Eucharystią.

Stacja 14. Złożenie do grobu

Panie, w pośpiechu przed zachodem słońca zostajesz pochowany w grobie Józefa z Arymatei. Twoje Ciało zostaje zawinięte w całun i złożone w skalnej grocie. Kobiety w pospiechu nie mogą je namaścić zgodnie z tradycją. Mają tego dokonać po szabacie. Zostajesz zamknięty w zimnym i ciemnym grobie, którego wejście przysłonięto ogromnym głazem. Piłat, bojąc się kradzieży ciała, stawia przed grobem straże.
Panie, ciągle nie miałem dla Ciebie czasu. Praca. Dom. Imprezy. Obowiązki. Wycieczki. Uczestniczyłem co niedzielę w Eucharystii, czasem nawet w tygodniu, ale nic poza tym. Ile razy zapraszałeś mnie na adorację, spotkanie wspólnoty, drogę krzyżową? Zawsze miałem cos ważniejszego do zrobienia. Teraz wszystko przestało być ważne. Nie mam pracy. Nie mam znajomych. Nie mam spotkań. I nawet Ciebie zamknięto na stałe w tabernakulum. Ograniczono uczestnictwo w mszy, odwołano nabożeństwa, zamknięto kościoły na święta. Jakbyś naprawdę umarł. Jakbyś naprawdę został złożony w grobie.
Panie, spraw, abym nie stracił nadziei w Twoje zmartwychwstanie, w to, że przyjdzie chwila, gdy wyjdziesz z grobu, gdy drzwi kościoła zostaną otwarte, a ja ze łzami w oczach uklęknę przed ołtarzem i przyjmę Cię do mojego serca, a moja dusza zaśpiewa z wdzięcznością Te Deum laudamus!