Droga krzyżowa w Jerozolimie potrafi zaskoczyć swoją zwykłością i rozgardiaszem. Wąskie uliczki wypełnione straganami i przekrzykującymi się sprzedawcami zamykają przestrzeń, sprawiając klaustrofobiczne wrażenie. Mocne zapachy orientalnych przypraw i olejków atakują wrażliwe zmysły. Tłum ludzi przepychający się w jedną i drugą stronę, jakby nie doświadczający niezwykłości miejsca, obija nas o siebie. Niezauważalne bez przewodnika tabliczki z kolejnymi stacjami i maleńkie ukryte w kolorowym gąszczu arabskich sukien kapliczki upamiętniają wydarzenia dnia, w którym Bóg poniósł krzyż na Golgotę. I wreszcie wyłaniająca się zza zakrętu bryła Bazyliki Grobu zaskakuje prostotą kamiennych kształtów. I tu jeszcze większy tłum, jeszcze większy hałas pielgrzymów i turystów przebijających się na Golgotę, czy do samego grobu. Trudno doświadczyć zadumania, kontemplacji, trudno odnaleźć miejsce na chwilę skupienia. Ciekawość, obojętność, przepychanie, aby jak najszybciej dotrzeć do celu.

W ten pamiętny piątek było podobnie. Dwa tysiące lat nie zmieniło człowieka, rozwój cywilizacyjny nie zmienił ludzkości, jej przywar, wad, słabości i grzechów. Umęczony Jezus szedł z belą krzyża w tłumie gapiów, którym zależało jedynie na sensacji, bo oto ten słynny prorok z Galilei został skazany. I po co mu to było? – słychać było zgryźliwe głosy z tłumu. Jedni się śmiali „jaki biedny, a taki był mądry”, inni byli zajęci własnymi sprawami „bo co nas obchodzi jakiś kaznodzieja z Galilei”, jeszcze inni to nawet współczuli z obojętnością „bo cóż właściwie zawinił”, i przechodzili dalej. Byli i tacy, którzy Go popychali, pluli na Niego, oczerniali.

A Jezus? Szedł wytrwale z krzyżem na Golgotę. Upadał i powstawał. A przecież mógł nie wstawać, mógł pozwolić, aby kto inny dźwigał krzyż, a Jego jakoś by dowlekli na miejsce egzekucji. Ale On szedł, pomimo bólu i cierpienia, pomimo zmęczenia i wewnętrznej rozpaczy, mimo wszystko, ponieważ czynił to z miłości. Z miłości powstawał, z miłości pocieszał, z miłości oddał swoje życie. Nie – stracił życie, On je oddał. Oddał za tych, którzy przy Nim byli, za tych, którzy Go zdradzili, za tych, którzy Go osądzili, za tych, którzy Go opuścili, nie zrozumieli, skazali, zmasakrowali, za nas…

Jezus w swojej wolności wziął na ramiona belkę krzyża, aby nas zbawić. My też otrzymaliśmy od Boga wolność. Ogromny dar. Bóg nigdy nam Go nie odebrał i nie odbierze, nie ograniczy. W swojej wolności człowiek może wszystko uczynić, może ułożyć sobie życie, jak tylko zapragnie. Może brać codziennie swój krzyż na ramiona i nieść go z Chrystusem na Golgotę, pomimo tego, że to niezbyt przyjemne, modne, że to trudne, a często nawet przerastające nasze ludzkie siły. Może, nie musi. Może wziąć krzyż i może go zostawić. To znaczy wolność. Dar od Boga. A Jezus w swojej wolności i miłości do człowieka, podnosi każdy porzucony krzyż i zanosi go na Golgotę, aby dać się ponownie przybić do jego drzewa.

U progu Wielkiego Tygodnia pragnę zrobić rachunek sumienia ze swojej codzienności. W cichości sumienia zadaję sobie pytania na temat każdego mijającego dnia. Czy budzę się rano z radością i wdzięcznością za dar życia? Czy potrafię cieszyć się mijającym czasem? Czy podejmuję chętnie codzienne obowiązki i wyzwania? Czy ze spokojem przyjmuję przeciwności? Czy staram się rozwiązywać problemy, a nie od nich uciekać? Czy kocham tych, którzy żyją obok? Czy staram się z uśmiechem i życzliwością podchodzić do spotkanych osób? Czy nie uciekam od swojego powołania i związanych z nim obowiązków? Czy każdego poranka podnoszę swój krzyż, biorę go na ramiona i idę za Jezusem, aby zmniejszyć dźwigany przez Niego ciężar? Czy jestem gotowa, aby stanąć z Nim na Golgocie, aby towarzyszyć Mu w Jego męce i śmierci?

A Ty, czy jesteś gotowy?