A mogło być zupełnie inaczej…

Jezus wcale nie musiał zginąć.

Mógł sobie spokojnie nauczać, czynić cuda, uzdrawiać. Ludzie by Go ubóstwiali, czcili, wielbili. Mógłby bez przeszkód głosić Dobrą Nowinę. Zdobyłby uznanie i poważanie. Stałby się popularny i dzięki temu dotarłby do znacznie większej rzeszy odbiorców. Wystarczyłoby, aby przestał mówić, że jest Synem Bożym. Wystarczyłoby, aby  przemilczał Swoje Bóstwo. Wystarczyłoby, aby skłamał. To tylko zwykłe niedomówienie, to tylko nieszkodliwe kłamstwo, bo przecież w dobrej wierze, bo przecież dla dobra innych, bo przecież…

Ile razy w życiu chcemy, jak najlepiej dla siebie, dla innych. Szczerze pragniemy komuś pomóc. Działamy w dobrej intencji. Ale trzeba nagiąć przepisy, odrobinę skłamać, coś zakombinować, aby nasze zamierzenie się powiodło, abyśmy zrealizowali swój cel. Swój cel… A gdzie w tym jest Pan Bóg?

Jezus nie skłamał, nie pomijał niewygodnych tematów, nie obawiał się konsekwencji. Z ufnością wypełniał wolę Ojca, szedł za Jego głosem, nie szukając Swojego celu. I chociaż droga była trudna, i chociaż prowadzila przez upokorzenie, mękę i śmierć, kończąc ziemską działalność, dopiero wlasciwie rozpoczętą, szedł nią do końca.

A przecież mogło nie być męki i śmierci, mogło nie być krzyża i grobu, ale wtedy nie byłoby zmartwychwstania.

I nie byloby zbawienia…