Tagi

Sakrament pokuty pozostaje dla mnie wielką tajemnicą. Tajemnicą spotkania wspaniałego Boga i grzesznego człowieka. Boga, który cierpliwie czeka i człowieka, który wiecznie przed Nim ucieka. Boga, który słucha ze zrozumieniem i człowieka, który ciągle się powtarza w czynieniu zła. Boga, który otwiera ramiona i człowieka, który pragnie, choć boi się, miłości. Nieodgadniona tajemnica. Tajemnica, która sprawia, że za każdym razem staję się lepsza.

Sama spowiedź rodzi we mnie strach, lęk i wstyd. Strach przed przyznaniem się do grzechu, słabości, ukazania siebie prawdziwego, bez maski codzienności. Lęk przed otwarciem się przed drugą osobą. Wstyd za brud i bałagan w mojej duszy. Pamiętam wiele spowiedzi w swoim życiu, spowiedzi uwalniających, spowiedzi prowadzących, spowiedzi przynoszących radość i pokój, ale i spowiedzi całkowicie obojętnych, spowiedzi rozdrażniających, spowiedzi ze znakiem zapytania. Po odejściu od konfesjonału nie zawsze czułam się uwolniona i radosna, ale przecież nie o to chodzi w sakramencie pokuty. Każde spotkanie z Panem przynosi to, co jest nam akurat potrzebne. Nie zawsze potrafimy odczytać intencji Najwyższego, czy odszukać sensu w danym momencie, jednakże z perspektywy czasu zauważamy niezwykle przemyślany splot wydarzeń w naszym życiu i punkty, w których zadziałał bezpośrednio Bóg, w których wskazał nam palcem, gdzie iść lub powiedział, co robić.

Pamiętam jedną istotną dla mnie spowiedź, co ważne: bardzo spontaniczną i bez przygotowania. Impuls, lub inaczej kuksaniec od Pana Boga, nakazał mi wstać z ławki i podejść do konfesjonału, mimo nieprzygotowania i pomimo tego, iż właśnie rozpoczynała się Eucharystia. Od dziecka byłam nauczona, że do spowiedzi trzeba się gruntownie przygotować: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy. Nie lubiłam też spowiadać się w czasie mszy świętej, aby nie tracić piękna liturgii. A tu nagle popatrzyłam na konfesjonał, wstałam z ławki, przecisnęłam się przez ludzi i uklękłam z pustką w głowie, prosząc o rozgrzeszenie! Zupełnie nie pamiętam słów, które wtedy padły. Nie pamiętam też żadnych wrażeń, czy odczuć. Spowiedź trwała bardzo krótko. Taka najzwyklejsza spowiedź.

Jednak żadne spotkanie z Panem nie jest zwykłe. Wtedy, w tamtym konfesjonale, powstała rysa w murze, którym obudowałam swoje serce, rysa, która z czasem zaczęła się powiększać, łamiąc mury i budząc mnie ponownie do życia. Powoli Bóg odkopywał drogę do mojego zabarykadowanego serca, zaczął uwrażliwiać mnie na swoje działanie i swoją wszechobecność. Właśnie wtedy Pan wskazał mi zagubiony w przeszłości szlak.

Sakrament pokuty pozostaje dla mnie ciągle wielką tajemnicą. Ale chociaż boję się wyznania swoich słabości i wstydzę się swoich powtarzających się grzechów, to jednak wiem, że idę na spotkanie z miłującym i przebaczającym Panem, Panem siedzącym w cieniu drzewa oliwnego, wyciągającym ramiona i mówiącym do zatroskanych uczniów: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”.