Za Jezusem szły tłumy. Ludzie przeciskali się, chcąc usłyszeć Proroka, stanąć przy Nim, doświadczyć Jego łaski, uzdrowienia i pocieszenia. Pragnęli dotknąć niezwykłości Jego czynów, Jego wszechogarniającego spokoju i życiowej mądrości. Chcieli oderwać się od swoich problemów i poznać Tego, który przybył, aby ich zbawić. Napierali na Niego swoją tęsknotą za Miłosierdziem.

Część ludzi z zapałem chłonęła piękne słowa o Bogu Ojcu, który jest w niebie, słuchała krótkich życiowych przypowieści, dzieliła się swym trudem z innymi, pomagając sobie wzajemnie, tworząc prawdziwą wspólnotę przy Mesjaszu.

Inni chcieli poznać Jezusa. Coś o Nim słyszeli, dziwili się Jego cudami, nie wiedzieli, co o Nim myśleć. Szli za Nim z ciekawości, trzymali się na dystans, słuchali, lecz nie zawsze rozumieli. Wahali się, czy iść dalej, czy jednak nie trudzić się i wracać do domów.

Jeszcze inni szli w tłumie, aby się zabawić, porozmawiać, poznać nowych ludzi, może zobaczyć coś ciekawego, może uciec od codziennej prozy życia. W końcu działo się coś osobliwego. A Jezus był dla nich odległy, obojętny. Najważniejsze w Nim było tylko to, że przyciągał tłumy.

Jak w każdym tłumie znaleźli się też tacy, którzy na tych wydarzeniach chcieli zarobić oraz tacy, którym nauczanie Proroka przeszkadzało, którzy chcieli Go skrzywdzić, oczernić i pozbyć się Go.

Jak w życiu. Jak współcześnie.

Gdyby Jezus przyszedł na świat dzisiaj, podobnie skupiłby wokół siebie tłumy, choć pewnie znacznie większe. Oprócz rzeczywistego kontaktu, życiem Mesjasza żyłyby media. Jego głos dotarłby na krańce świata w jednej chwili, przez kliknięcie. Tłumy internautów skupiłyby się wokół Jego osoby, przesyłając Jego naukę w świat, zachwycając się Nim, jak i hejtując.

Zadałam sobie pytanie: w którym miejscu tłumu znalazłabym się, gdyby Jezus dzisiaj nauczał? Czy poszłabym ślepo za Nim z odwagą świadcząc o Prawdzie, którą głosi? Czy może z dystansem obserwowałabym Jego działalność, zaspokajając swoją ciekawość i znudzenie codziennością. A może próbowałabym przeszkodzić Jego misji, oczerniając Go, krytykując, rzucając bezpodstawne oskarżenia, czy zarzucając kłamstwo?

Ewangelista Łukasz wyróżnia w tłumie pewną kobietę, od lat cierpiącą na krwotok, schorowaną, umęczoną, ale niezwykle zdeterminowaną. Mimo, iż nie powinna wchodzić w tłum, mimo, iż nie może dotykać ludzi, to jednak z ogromną wiarą łamie obowiązujące zasady, narażając się społeczeństwu, wchodzi w tłum, przeciska się do Jezusa, chwyta Jego szatę i … zostaje uzdrowiona, tak przez przypadek, bez wiedzy i woli Pana. Jezus jest zaskoczony, szuka tego, kto dotknął Jego szaty, kto sam skorzystał z Jego mocy. Szuka tej przestraszonej kobiety, aby podkreślić, że to jej wiara ją uzdrowiła. Wskazuje na jej postawę, postawę niezłomnej wiary pełnej zaborczości i determinacji, takiej, jaką wykazują się często święci, z uporem wypraszając łask dla świata.

Gdyby Jezus dzisiaj nauczał, chciałabym mieć choć krztynę wiary tej bezimiennej kobiety, która z niezwykłą odwagą zagarnęła Boże uzdrowienie. Chciałabym mieć jej determinację i zaparcie, aby przeciskać się do Jezusa, mimo przeciwności, jakie stają mi na drodze, łamiąc ludzkie bariery i konwenanse. Chciałabym mieć jej odwagę, aby nie przejmować się tłumem wokół, który odtrąca, przeszkadza i zatrzymuje w dojściu do celu. Chciałabym mieć jej skuteczność, aby bez zastanowienia chwycić się Pana, aby wyrwać Mu Jego uzdrowienie.

Ale przecież Jezus dzisiaj naucza. Od wieków idą za Nim tłumy. Wystarczy dołączyć się do Niego, wmieszać się w tłum i z wiarą przeciskać się do Niego, aby dotknąć Jego szaty.