Dom. Na pewno zadbany, choć skromny. Na pewno czysty i gościnny. Z otwartymi drzwiami i przewiewnym wnętrzem. I dwie siostry, mieszkanki, Marta i Maria. Marta zaprosiła Jezusa, zmęczonego wędrówką, znużonego i głodnego. Wprowadziła Go do swojego domu, usadziła przy stole, przygotowała posiłek, usłużyła Panu. Z radością. Z poświęceniem. Rozdarta pomiędzy pragnieniem rozmowy z Jezusem oraz słuchaniem Go, krzątała się, aby nic Mu nie zabrakło, aby zjadł, co najlepsze i aby wypoczął po trudach wędrówki. Starała się z całych swoich sił, denerwując się, czy Gościowi niczego nie brakuje.

Maria tymczasem stała w cieniu, gdy Jezus przekroczył próg. Obserwowała zmęczonego Gościa, nie chcąc przeszkadzać. To Marta przecież przyjęła Jezusa, jak pisze św. Łukasz. Jednakże, gdy Jezus usiadł, odpoczął i zaczął mówić, Maria z zainteresowaniem i zachwytem osobą Gościa, usiadła u Jego stóp i słuchała. To o czym mówił Jezus, musiało być niezwykłe, piękne, fascynujące, gdyż pochłonęło Marię całkowicie. Myślami była przy Panu i Jego nauce, nie zauważając rzeczywistości, że Marta zmęczona biega, pragnąc jak najlepiej ugościć Pana.

A Jezus opowiadał o miłości, o pięknie, o Królestwie Bożym, o swoim posłannictwie i przeżytych dniach, o matce i uczniach. Maria zasłuchana siedziała u stóp Pana, a Marta coraz bardziej zmęczona krzątała się, jak przykładna gospodyni. Jednak zmęczenie wygrało. Poczuła się rozgoryczona brakiem pomocy ze strony siostry. Pragnęła odpocząć u stóp Pana, ukoić swój smutek i żal, jednak poczucie obowiązku nakazywało służyć. To przez tę służbę Marta obdarowała Gościa swoją miłością i przyjaźnią. Jednak utrudzona, miała żal do Marii, iż jej nie pomaga, aby i ona mogła przysiąść u stóp Pana. Rozgoryczona, zwróciła się zatem do Jezusa: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła.”

Jednak Jezus nie nakazał Marii, aby pomogła siostrze. Wręcz przeciwnie. Zatroskanym głosem, jakby martwiąc się o Martę, zwrócił jej uwagę, że zbyt dużo się martwi i niepokoi, a przecież potrzeba tak niewiele. „Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”.

Długo nie mogłam zrozumieć Jezusa, Jego strofującej postawy wobec Marty. Przecież to Marta Go przyjęła, otworzyła przed nim drzwi swego domu, ugościła Go najlepiej, jak potrafiła, i to Marcie została zwrócona uwaga, że nie postępuje właściwie. A przecież przez tę posługę Jezusowi Marta okazała swą miłość i przyjaźń, to jej sposób ukazania uczuć. Może nie potrafiła wylewnie przytulić się do Pana i skrywała swe uczucia w sercu, była zamknięta i kochała przez działanie. A Maria? Została pochwalona za swą postawę przylgnięcia do Jezusa, okazania Mu uczuć przez obecność i podziw, przez kontemplację Jego osoby. Pokazana jako przykład. Czy to sprawiedliwe? Nie pomogła Marcie, nie martwiła się o ugoszczenie Pana, o Jego godne przyjęcie w domu.

Dwie odmienne osoby. Marta i Maria. Dwa przykłady postaw ludzkich. Całkiem przeciwne. Może specjalnie przez Ewangelistę przejaskrawione. Czytając ten fragment Pisma Świętego, warto zastanowić się, ile w każdym z nas jest Marty, zalęknionej, zabieganej i walczącej z dniem codziennym, a ile jest w nas Marii, wyciszonej, przytulonej do stóp Pana i zasłuchanej w Jego słowie.

Bardzo lubię rozważać ten fragment Ewangelii, patrząc na Jezusa wypoczywającego w gościnie, na Martę zabieganą i zdenerwowaną całą sytuacją, i na Marię spokojną, wyciszoną, zasłuchaną. I choć częściej w życiu jestem jednak Martą, bo walczę z codziennością, martwię się rodziną, pracą, biegnę do sklepu, szkoły, czy do lekarza, to jednak uwielbiam być Martą i z zaufaniem przytulać się do Pana.

„Trzeba być jednocześnie: Marią wobec Mnie, Martą wobec ludzi” /Słowa Jezusa przekazane Alicji Lenczewskiej/