Tagi

Każdy poranek witam z radością. Wpuszczam przez okno ciepłe promienie słońca i daję się im otulić. Myślę: „dobrze, że jesteś Panie”. Oddaję Bogu cały przychodzący dzień, z ufnością i wszechogarniającym spełnieniem. Cieszę się na kolejne chwile pełne miłości, pełne możliwości, pełne Bożej obecności.

Otwieram Pismo Święte. „Cóż mi chcesz powiedzieć, Panie? Czekam na Twe święte słowa.” Poświęcam krótką chwilę na medytację fragmentu Ewangelii na dany dzień. Czytam, słucham, rozumiem i przyjmuję jako najwspanialszą wskazówkę na życie. Cieszę się tym Słowem. Wypełnia mnie prawdziwie piękną wewnętrzną radością, z którą idę w codzienne obowiązki.

W ciągu całego dnia z gorliwością wypełniam obowiązki w domu, w pracy. W myślach poświęcam te chwile Bogu. Daje mi to motywację i siłę w rozwiązywaniu piętrzących się problemów. Napełnia mnie to radością wewnętrzną, którą obdarowuję otaczających mnie ludzi. Uśmiecham się, pomagam, wysłuchuję.

W wolnej chwili odmawiam cząstki różańca, który noszę na nadgarstku. W sobie wiadomej intencji. Z zapałem. Ze skupieniem. Zanurzając się w tajemnicach życia Jezusa oczami Jego Matki. Nowenna pompejańska.

Cieszę się wszechogarniającą obecnością Pana Boga, Jego miłością i pięknem. Z uczuciem spełnienia i pełnej satysfakcji w służbie Bogu i ludziom klękam do wieczornej modlitwy i oddaję cały dzień, dziękując za błogosławieństwo i moc łask.

Pragnę, żeby tak było zawsze, nie chwilami, albo wcale.

A tymczasem budzę się rano zmęczona niepokojącymi snami i biegiem życia codziennego. Z wysiłkiem podnoszę się z łóżka, biorę do ręki Pismo Święte i czytam. Często tylko czytam. Ciężko jest mi się skupić, ciężko obudzić, ciężko zrozumieć, ciężko się modlić. A cóż dopiero słuchać głosu Pana?

Staram się wysłuchać komentarzy o przeczytanym fragmencie. Są trafne i często dotykają mojej duszy. Cóż z tego, kiedy po chwili wszystko odchodzi w krainę niepamięci. I jak wcielić je w życie?

Codzienność mnie goni, przerasta, popycha, przygniata, niesie ciągle w biegu do przodu. Ludzi spotykam i ich opuszczam. W zamieszaniu zranię, okrzyczę, uszczypnę słowem. Gdzie w tym miłość bliźniego, czy choćby ludzkie współczucie?

Odmawiam nowennę pompejańską. Klepię cząstki różańca w wolnej chwili, w przelocie lub wieczorem przysypiając nad paciorkami. Tajemnice przelatują przed oczami wyobraźni jakieś takie dalekie, nie do osiągnięcia. Tylko intencja w sercu, w  głuchej ciszy, uderza o ściany sumienia. Gdzie jest w tym szczera prośba i wdzięczność, i gdzie rzeczywiste spotkanie z Matką?

I wreszcie wieczór. Po ciężkim dniu klękam przed Panem, klepię formułkę, zbyt zmęczona, by po prostu podziękować, a może uwielbić? Próbuję nie usnąć do „Amen”.

Całe życie próbuję. Całe życie szukam. Pan Jezus w przypowieści o domu budowanym na piasku i na skale nie powiedział, że ten, kto ma skalne fundamenty, zawsze będzie miał piękną pogodę. Wyraźnie zaznaczył, że przyjdzie deszcz, wiatr, ulewa. Trwałe fundamenty mogą pomóc jedynie stać w pionie.

Dlatego modlę się, wzmacniam fundamenty, trwam w czasie burzy i czekam na słońce.