Tak trudno mi żyć w ciemności,

w letargu, w nicości,

gdy niebo szare płacze swym smutkiem,

a ciężkie chmury opadają na myśli zatrzaśnięte w skorupie.

Tak ciężko posuwać się do przodu bez chęci i energii,

bo chcą, bo tak należy,

bo życie toczy się dalej.

 

Z zewnątrz uśmiech, rozmowa,

powierzchowna radość, zabawa, muzyka,

byle zagłuszyć, byle nie słyszeć, byle nic nie czuć,

byle nie myśleć.

Wypada dać się ponieść tej magii.

 

Na ulicy błyszczą wielobarwne drzewka

i głośno wyśpiewują bieluchne anioły,

stary Mikołaj stuka laską w płyty chodnikowe

i czerwonym workiem częstuje słodyczą.

 

Gdy moc pozytywek zagłusza gwar rozmów,

a wiatr niesie zapach korzennego wina,

w harmiderze śpiewanych kolęd i pastorałek

Maryja klęczy w ciszy przed Bogiem

i czeka na Jego Słowo,

z Józefem mistrzem poświęcenia i niewspółczesności

wędruje do Betlejem.

I daje nam Boga.

 

Oby to nikłe światełko Betlejem zaiskrzyło

w mym ciemnym, samotnym i brudnym sercu,

jak w stajence wśród bydła,

w ciszy, w skupieniu i miłości.

Niech rozświetli ciemność, wypełni pustkę

i nada sens życiu.

 

Tylko muszę pozwolić, aby Bóg się narodził

i nie zaginął pod barwną choinką.