Pochylam się nad Twoją drogą,

pełną pyłu, potu i zmęczenia,

skropioną kroplami brudnoczerwonej krwi,

zdeptaną ciężkimi spuchniętymi stopami,

spaloną żarem południowego słońca,

wysłaną niemożliwym do przeżycia bólem.

Klęczę za Tobą z ustami na Twoich śladach,

nie mogąc nadążyć ze swoim życiem.

Wiatr codzienności zaciera ślady.

Na ziemi pozostaje jedynie mocna linia

po dźwiganej belce krzyża,

niemalże ciągniętej przez wycieńczone Boskie Ciało.

Mój drogowskaz.