Stoję w tłumie.

Niezauważona. Niebarwna. Niejaskrawa.

Jak szara masa.

Przesuwam się ślimaczo do przodu,

jak leniwy prąd w rzece życia.

Wymuszony sytuacją.

Od źródła, które gdzieś pozostało daleko.

Poza mną. Poza pamięcią.

Do celu, który też jest niejasny.

Jakby za mgłą. Jakby poza horyzontem.

Bywają chwile, gdy porywa mnie wir rzeczny i zakłóca tę monotonię.

Budzą się wątpliwości. Z letargu myśli.

Dokąd zmierzam? Czego pragnę?

Może jednak lepiej wyjść z tłumu

i pójść własnym nurtem, aby się nie zagubić.

Poczuć moc światła i wielobarwność życia.

Może nawet lepiej byłoby pokłócić się o pierwszeństwo u celu,

niczym Apostołowie.

I zostać pouczonym.

Przynajmniej ważny stanie się cel i jasne pragnienia.

Białe stanie się białe, a czarne – czarne, a nie szare.