Mój adwent

Wiele lat temu przeżyłam najpiękniejszy adwent w życiu. Mój niepowtarzalny czas oczekiwania. Wyjątkowy czas. Bez rorat, bez postanowień, bez przygotowań. Prawdziwy czas oczekiwania. Tylko oczekiwania. Z całym koszem niepewności, lęku, zaciekawienia i głębokiej radości. Ze wspaniałym uczuciem nowego życia pod sercem.

Początek tamtego roku przyniósł nam wiele pytań, trochę rozczarowań, nieco wątpliwości. Byliśmy gotowi przyjąć nowe życie, wypełnić nasze małżeństwo łaską rodzicielstwa. Byliśmy otwarci i nieco już zaniepokojeni bezskutecznymi staraniami. Coraz częściej w naszych modlitwach pojawiała się gorąca prośba o dar potomstwa. Coraz częściej przychodziły do nas myśli, a jeśli nie? Każdy miesiąc przynosił coraz intensywniejszy ból rozczarowania.

Nasze starania zbiegły się z chorobą świętego Jana Pawła II. Ze smutkiem w sercu śledziłam przebieg choroby Papieża, Jego cierpienie, Jego walkę o życie, Jego powolne odchodzenie. W całej tej atmosferze smutnego oczekiwania na spodziewany koniec zrodziły się we mnie myśli o tym, że jesteśmy świadkami życia i śmierci świętego. Pamiętałam w modlitwie o Ojcu Świętym, jednak coraz częściej nie modliłam się za Niego, a do Niego. O dar potomstwa. W głębi duszy miałam przeczucie, że ostatnie dni swego życia, Ojciec Święty był coraz bliżej Nieba, stał tuż przy tronie Najwyższego.

O ciąży dowiedziałam się w ostatnim tygodniu życia Ojca Świętego. On powoli odchodził, a pod moim sercem rodziło się życie. Ze łzami w oczach śledziłam wydarzenia w Watykanie. Czułam całą sobą to wielkie misterium odejścia świętego, niemalże dostrzegłam chwilę, gdy Niebo złączyło się z ziemią, gdy życie zmieniło się w wieczność. Moje serce wypełniała wdzięczność za tę świętą posługę Papieża, za ofiarę Jego życia oraz za delikatne, tworzące się życie w moim ciele.

Minęło osiem miesięcy. Przyszedł grudzień. Rozpoczął się adwent. Termin rozwiązania miałam na połowę miesiąca. Z radosnym niepokojem czekałam na chwilę narodzin. Prawdziwy adwent. Duchowo towarzyszyłam młodziutkiej Miriam w drodze do Betlejem, w jej trudzie, lęku, niepokoju, w jej pełnym nadziei oczekiwaniu. To był inny adwent niż wszystkie wcześniej i później. Nie uczestniczyłam w żadnych roratach, nie ubrałam choinki, nie upiekłam pierników, nie posprzątałam zakurzonych kątów. Przebywając długie dni w szpitalu wędrowałam z Maryją do Betlejem. Czułam jej lęk o nienarodzonego, jej zmęczenie przedłużającą się ciążą, ale i jej zaufanie do Boga, że wszystko będzie dobrze.

W noc Bożego Narodzenia nie usiadłam do stołu wigilijnego, bo nadszedł dla mnie czas rozwiązania. Doświadczyłam łaski narodzin pierworodnego w wieczór wigilijny. Do dnia dzisiejszego pamiętam jedynie ogromną radość swoją i całej rodziny, przyjaciół i bliskich. Ogromną radość i przeszywające szczęście. Biorąc po raz pierwszy synka na ręce śpiewałam mu do ucha; „Gdy śliczna panna syna kołysała”.

To była piękna noc. Noc narodzin. Noc szczęścia. Noc radości. Na szpitalnym korytarzu szeptem płożyły się kolędy śpiewane do ucha niemowlętom. Do rana wydzwaniał telefon z gratulacjami, ze wsparciem. Czułam wręcz namacalną obecność bliskich. Byłam otoczona wspaniałą opieką, pomocą. Moje serce wypełniał przedziwny pokój. Pokój głoszony przez świetliste Anioły przy Bożej stajence.

Leżąc w tę piękną noc bożonarodzeniową w szpitalnym łóżku, myślałam o Miriam, która rodziła w ubogiej, zimnej szopie, samotna, bez specjalistycznej opieki, w towarzystwie zwierząt i dymu z ogniska. Myślałam o młodej kobiecie, właściwie dziewczynie, która dała światu Zbawiciela, która bezgranicznie zaufała Bogu i Jemu poświęciła swoje życie, która z cierpliwością i łagodnością znosiła wszelkie przeciwności i niewygody, która z niewyobrażalną ufnością i zawierzeniem swojego życia Bogu, podążała tam, gdzie On chciał przyjść na świat, do brudnej, zimnej, zakurzonej i pełnej zwierząt szopy.

Każdy adwent to dla mnie czas oczekiwania, czas porządków, kalendarzy, dobrych uczynków, postanowień, radosnych rorat, pieczenia pierników i świec na wieńcu. To czas wielkiego zamieszania i przygotowań. Jednak z każdą kolejną świecą, zapalaną na wieńcu, przypominam sobie ten święty czas mojego wyjątkowego adwentu sprzed lat. Czas Bożego Narodzenia w moim sercu. Czas wspólnie przeżyty ze świętą Rodziną. Czas życiowej refleksji. Czas radosnego cudu narodzin. I staram się, choć nie zawsze skutecznie, i pragnę tego z całego serca, aby być gotową na przyjęcie wędrującej Miriam z Józefem do ciepła mojego domu, aby Jezus nie musiał znów rodzić się w zimnej stajence.

www.parafia-cieslin.pl

Czy to mało?

Pragnęłam w życiu czynić wielkie rzeczy, marzyły mi się globalne projekty, pochłaniały mnie ogromne marzenia. Miałam tak wiele planów, pomysłów, ideałów… Świat stał przede mną otworem z perspektywą samorealizacji, satysfakcji i szeregu osiągnięć. Miałam zapał, energię i plany, plany, plany… Młodość 🙂

Z perspektywy lat mój zapał zastąpiło doświadczenie, moją energię – żmudna codzienność, moje plany – wspólne rodzinne zamierzenia. Czy coś straciłam? Czy czuję się niespełniona, nieszczęśliwa? Wręcz przeciwnie. Wraz z małżeństwem zyskałam miłość, oparcie, obecność, wspólnotę. Wraz z macierzyństwem zyskałam radość, cel, spełnienie, rodzinę. Codzienne życie stało się moim globalnym projektem, moją wąską ścieżką do świętości. Świętości mojej i moich najbliższych.

Czy świętość to tylko wielkie projekty wielkich świętych? Jaki mogę mieć wpływ na szerzenie Ewangelii? Co mogę uczynić, aby pomóc we wzroście Kościoła? Życie proponuje różne formy działania, w zależności od posiadanych uzdolnień, charyzmatów. Wokół inicjują się ogromne piękne projekty, szlachetne działania. Potrzebni są ludzie do czynienia dobra właściwie w każdej dziedzinie. Zgodnie ze swymi pragnieniami można dać się pochłonąć wspaniałym ideom, wielkim dziełom, można działać, można pomagać, można ewangelizować.  Wystarczą chęci, czas i pragnienia.

Czasami mam wyrzuty sumienia, że nie działam w wolontariacie, że nie pomagam potrzebującym, że za mało wspieram finansowo instytucje charytatywne, że nie potrafię ewangelizować, że czuję się za słaba, aby tworzyć przestrzeń dobra, aby budować Królestwo Niebieskie. Mam swoją małą przestrzeń, o którą dbam, o którą walczę i którą próbuję uświęcić. Mam swoją rodzinę, swoich przyjaciół i środowisko. Mam swoje problemy, swoich bliskich potrzebujących, swoje życie, które potrzebuje codziennej troski. Czy to mało?

Pan Jezus mówi, że Królestwo Boże jest podobne do ziarnka gorczycy, posianego przez kogoś w ogrodzie. Może wyrosnąć na ogromne drzewo w sprzyjających warunkach. Wystarczy odrobina wysiłku, dbałości. Wystarczy nie pozwolić mu zarosnąć, wystarczy nie pozwolić, by ktoś obcy je wyrwał. Wystarczy się postarać. O resztę zadba Pan Bóg. Nie mamy przecież wpływu na słońce, aby świeciło, ani na deszcz,  aby skropił glebę. To może uczynić tylko Wszechmocny. I tylko Duch Święty może nasiona rozsiać swym podmuchem po całym świecie.

Wcale nie muszę być wielkim aktywnym wszechobecnym i wszechstronnym działaczem kościelnym, aby iść własną ścieżką świętości. Wystarczy, abym zadbała o swoje drzewko gorczycy, aby wyrosło w promieniach łaski Najwyższego. To moje drzewko wpływa przecież na rozwój Królestwa Bożego. Czy to mało?

 

Czy na pewno pragnę spotkania?

Całe życie jest spotkaniem. To spotkania z innymi kreują naszą rzeczywistość, ale i osobowość. To spotkania są sensem naszej szarej codzienności, potrafią pobudzić do działania, dodać otuchy w smutku, czy przynieść chwilę śmiechu i radości. Potrafią też być trudne, pełne wyrzutów i pretensji, smutku i rozpaczy, czy po prostu poczucia zlekceważenia. Jednak człowiek nie jest stworzony do życia w samotności, choć bywają dni, że najchętniej zaszyłby się daleko od społeczeństwa, od problemów, rozterek codzienności. Ale to są tylko przelotne chwile. Bóg nie stworzył tylko Adama, aby wiódł w raju swój pustelniczy żywot. Bóg stworzył ludzi, ze wszystkimi późniejszymi konsekwencjami, stworzył Adama i Ewę, aby wspólnie z Nim tworzyli rzeczywistość.

Życie w rodzinie, społeczeństwie wymaga nieustannej pracy nad sobą, nad relacjami, nad współdziałaniem. Nic nie powstaje z niczego. Aby więzi w rodzinie, w pracy, we wspólnocie były trwałe, pełne miłości, akceptacji i wsparcia, wymagają współpracy wszystkich uczestników, wymagają wyjścia ze swojego egoizmu, poświęcenia osobistego czasu i otwarcia serca. Wyjścia poza strefę komfortu.

Podobnie relacja z Panem Bogiem. Przeczytałam gdzieś w wirtualnej przestrzeni, że aby spotkać Boga, należy wyjść poza swoją strefę komfortu, poza swoją oazę bezpieczeństwa, poza swój wypracowany codzienny schemat. My często w swoim życiu codziennym zabudowujemy się murami ochronnymi, mocnymi, wysokimi, chroniącymi nas przed niespodziewanymi wypadkami, zranieniami, zakłóceniami. Każde wyjście poza strefę ochronną traktujemy jak zagrożenie, zakłócenie spokoju. A przecież spotkanie wymaga jedynie otwarcia furtki.

Pan Bóg idzie z nami przez całe życie. Tylko nie zawsze jest widoczny zza naszego muru ochronnego. Uczniowie idący do Emaus byli tak przestraszeni wydarzeniami mijających dni, że w wędrującym towarzyszu nie dostrzegli swojego Mistrza. Kobiety przy grobie były tak zaaferowane, że nie rozpoznały Zmartwychwstałego. Tylko wyjście poza swoje ograniczenia, swoje nawyki, swoją codzienność otwiera nas na spotkanie. Otwiera furtkę, przez którą możemy zaprosić Boga, lub przez którą możemy wyjść Mu na spotkanie. Wystarczy otworzyć tę furtkę, a ujrzymy Pana, Boga, który cierpliwie czeka, który tęskni i z radością wybiega nam na spotkanie. I kocha nieustającą miłością.

Otwarcie nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza, gdy mur jest zbyt gruby, furtka zbyt mała i zarośnięta chwastem czasu. Trzeba włożyć dużo wysiłku, czasem desperacji, samozaparcia, należy uzbroić się w cierpliwość i wytrwałość. Trzeba pukać, szarpać, nie odpuszczać, aż mury ustąpią, chwasty zostaną wyrwane, a przerdzewiały mechanizm puści pod naciskiem. Naprawdę warto! Nic nie jest wspanialsze niż ramiona tęskniącego Ojca, niż na nowo odkryta miłość Najwyższego, niż wszechogarniająca radość Jego obecności!

A konsekwencją spotkania jest działanie. Galilejscy rybacy, słysząc „Pójdź za mną”, zostawili swoje  sieci, domy, rodziny i poszli za Mistrzem, uczniowie, rozpoznając Jezusa w Emaus, biegiem wrócili do Jerozolimy, kobiety, spotykając Zmartwychwstałego, przybyły do Apostołów, aby zaświadczyć że Pan żyje.

A czy ja jestem gotowa na spotkanie z Panem? Czy tego pragnę, czy do tego dążę? Czy próbuję wyjść poza swoją strefę komfortu? Czy próbuję otworzyć furtkę, zburzyć mur ochronny, odgradzający mnie od Boga? Czy pragnę spotkania ze stęsknionym i czekającym Ojcem? A może boję się podjąć ryzyko spotkania, bo dobrze mi jest w mojej kryjówce, może smutno, samotnie i ciemno, ale bezpiecznie za grubym murem odgradzającym mnie od świata?

A Pan Bóg cierpliwie czeka. Podarował nam wolność i z szacunkiem traktuje naszą ucieczkę, nasz azyl. Ale tęskni, wypatruje i z miłością czeka. Bo miłość cierpliwa jest…

 

Pójdź za mną Szymonie, Jakubie, Janie, Mateuszu…

Jak wyglądało powołanie uczniów? Karty Ewangelii nie wspominają o żadnych castingach przeprowadzanych przez Pana Jezusa. Nie wybierał On swoich uczniów z rzeszy najwspanialszych, najpiękniejszych, najmądrzejszych, najuczciwszych, najwierniejszych i jeszcze innych naj. Nie przebierał w zgłoszonych kandydaturach, analizując psychiczne predyspozycje, czy profile społecznościowe. Nie wypytywał o pochodzenie i prowadzone życie, o postawę moralną, czy poparcie społeczne. On, jakby przypadkiem, przechodząc obok, po prostu wzywał, by pójść za Nim. „Pójdź za Mną” – usłyszeli rybacy na Jeziorem Galilejskim. „Pójdź za Mną” – usłyszał celnik Mateusz. „Pójdź za Mną” – usłyszeli inni zwykli, niespodziewający się zmian, ludzie. To nie byli herosi, ani święci. To byli zwykli ludzie, ze zwyczajnych rodzin, z codziennymi problemami, ludzie, których obciążały przeróżne problemy wyrastające z otaczającego społeczeństwa.

Uczniowie byli tacy, jak ich ojcowie, dziadkowie, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. Jedyne, co ich różniło i co mnie w nich zachwyca, co ich wyróżnia, to piękna odpowiedź na zaproszenie Jezusa, to ich gotowość do poświęcenia wszystkiego, do pójścia za tym, któremu uwierzyli. Na pewno mieli mnóstwo wątpliwości, na pewno nieraz pragnęli wrócić w zacisze swoich domów, na pewno tęsknili za bliskimi. Ale poszli za Jezusem. A Jezus ich powoli przemieniał, przygotowywał do zadań, które mieli wypełnić, wspierał ich, nauczał, dodawał otuchy. Można by pomyśleć, że idąc przy Mesjaszu, będą jak On. Nie byli. Byli słabi, grzeszni, wątpiący. Potrafili się kłócić o pierwszeństwo, wyprzeć się Mistrza, zdradzić. Jednak to oni stali się fundamentem powstającego Kościoła.

Dzisiaj Kościół nadal tworzą zwykli ludzie. Jest jakiś Piotr, Mateusz, Jan czy Judasz. Idą za Jezusem w służbie innym. Popełniają błędy, są słabi, mają problemy podobne jak społeczeństwo, w którym żyją. To zwykli ludzie z bagażem swojego życia, wychowani w naszych współczesnych rodzinach. Współcześni kapłani. Ale pamiętajmy, że Kościół także tworzymy my wszyscy. Nagonka na księży, to nagonka na nas wiernych. Zła nie można tolerować, nie można zamiatać pod dywan. Należy z nim walczyć. Tylko, czy tego zła jest aż tyle, ile się o tym mówi w mediach?

Spotkałam w życiu wielu księży, zakonników. Nie wszyscy byli idealni. Nikt nie jest idealny. Nie byli też święci. Nie ma ludzi świętych. Nie każdy się uśmiechał, pocieszał, pomógł. Bywają różne dni, sytuacje, wydarzenia. Ale czy te wszystkie niemiłe, trudne sytuacje miały mi przysłonić tego, który jest dla mnie Najważniejszy? Jezus umarł za mnie i zmartwychwstał dla mnie, nie zważając na wady swoich uczniów. Wybrał ich i umocnił, aby mi o tym opowiedzieli i przypomnieli, gdy sama zapomnę, aby wskazali mi drogę, gdy się zagubię. Dziękuję tym wszystkim kapłanom, których spotkałam w swoim życiu, za to, że, mimo trudności i słabości, starali się iść za Jezusem i próbowali, jak tylko potrafili, trzymać mnie za rękę, abym i ja za Nim podążała.

Stare kino

Lubię spoglądać w przeszłość. Podpatrywać, co się działo. Wspominać miłe chwile. Z nostalgią wracać do tych, co odeszli. Oglądać swoje życie, jakby było „w starym kinie”: trochę czarno-białe, trochę przymglone, przygłuszone trzaskiem starej taśmy. Nie wszystko jest na tyle ostre, aby dokładnie zobaczyć, nie wszystko na tyle oczywiste, aby dokładnie zrozumieć. Ale wraz z upływem czasu wszystko zdaje się układać w ciąg spójnych wydarzeń, w jedną wielką całość. Tak jakby prawdziwa stawała się proporcja, że im więcej wspomnień pozostawiam za sobą, tym bardziej tworzą one zintegrowaną logiczną fabułę. I choć czasami mam wrażenie, że każdy dzień tworzy jakby odrębny kadr, bez żadnego związku z poprzednim, wprowadzając całkowity chaos w wydarzeniach i odczuciach, to jednak, w miarę upływu lat, widzę, że powstający film życia ma genialnego Reżysera. Reżysera, który zna zakończenie, ale daje aktorom możliwość wprowadzania zmian w scenariuszu, daje swobodę, ale jednocześnie delikatnie, z ogromną dozą cierpliwości prowadzi do celu.

Zdarzyło mi się już kilka razy w życiu, że nagle przyszło na mnie jakby zrozumienie przeżytych dni, miesięcy, lat… Zdarzyło się, iż nagle ujrzałam, że te wszystkie minione wydarzenia prowadziły mnie właśnie do tej jednej, jedynej chwili, chwili, która pokazywała mi ostro i wyraźnie, bez wątpliwości, że Bóg jest przy mnie, ze mną, oraz, że cały czas przy mnie był, że mnie prowadził, że dał mi przeżyć ten miniony czas, abym właśnie w tej chwili stanęła z Nim twarzą w twarz. Olśnienie. Zrozumienie. Doświadczenie obecności Boga. Odczucie Jego miłości. Po ciągłych wątpliwościach, po nieustannych zmaganiach, po rozpaczliwym osamotnieniu, po przeszywającym smutku, następowało spotkanie.

Rok temu uczestniczyłam w rekolekcjach ignacjańskich. W swoim planie urlopowym nie przewidywałam w ogóle jakichkolwiek rekolekcji, a tym bardziej rekolekcji zamkniętych, w ciszy, w oderwaniu od rodziny, od codzienności. Jednak przyszedł taki moment, gdy znalazłam się w całkowitej rozsypce, w ciemności, beznadziei i osamotnieniu, i jedyna myśl, która rozświetliła mroki mojego serca, to była myśl o rekolekcjach. Udało mi się wszystko zorganizować w domu, w pracy, aby móc na tydzień zniknąć dla świata. Udało mi się wyjechać, mimo wielu przeciwności. Udało mi się spędzić pięć dni w ciszy, mimo ogromnego hałasu w duszy. Udało mi się nieco uspokoić wnętrze, mimo potężnego bałaganu. Cisza. Modlitwa. Spotkanie z Bogiem, ze sobą. Na zakończenie rekolekcji, w wigilię wyjazdu, podczas Eucharystii, gdy spojrzałam w twarz częstochowskiej Madonny, słuchając rozważania nt. modlitwy różańcowej, nagle zrozumiałam, że to wcale nie był przypadek, że znalazłam się właśnie na tych rekolekcjach, że przyjechałam właśnie do Częstochowy, że było to właśnie w październiku w miesiącu różańca. Poprzez modlitwę różańcową Matka Boża z Jasnej Góry wzięła mnie jak niemowlę na ręce i przyniosła do swojego Syna. W jednej chwili przebiegły mi w głowie kadry wydarzeń ostatnich dni, miesięcy, a nawet lat. Ujrzałam sens wszystkiego, co się wydarzyło. Poczułam się wspaniale prowadzona, osadzona w doskonale wyreżyserowanej fabule. Stanęłam przed Bogiem odnaleziona i umiłowana.

Każde spotkanie wynika z pragnienia spotkania, gdyż każde spotkanie wymaga jakiegoś wyrzeczenia, wymaga poświęcenia swojego czasu, uwagi, wymaga wyjścia do drugiej osoby, wymaga otwarcia się, dzielenia się sobą, wymaga przeciwstawienia się swojemu ego, wymaga słuchania. Każde spotkanie, a przede wszystkim spotkanie z Bogiem. Chcąc spotkać Boga, należy przede wszystkim tego zapragnąć, należy się wyciszyć, znaleźć chwilę na modlitwę, należy się otworzyć, ofiarować swoją codzienność, opowiedzieć o niej, przestać myśleć o sobie, i słuchać.

Przede mną kolejne rekolekcje. Tym razem częściowo zaplanowane, tym razem ze spokojniejszym sercem, z odmiennym nastawieniem. Prawdziwie pragnę tego spotkania z Bogiem, chcę poświęcić te kilka dni modlitwie, chcę zanurzyć się w ciszy, chcę otworzyć swe serce, wyjść poza własne ego i pragnę słuchać.

W swoim życiu jestem tylko aktorem, i to pewnie marnej klasy. Jedynie wybitny Reżyser może ze mną uczynić coś pięknego i wartościowego, wystarczy Mu zaufać i dać się poprowadzić.

Przyszedł czas na kolejną scenę…

Fotka ze strony: https://pl.depositphotos.com/60672613/stock-photo-old-movie-countdown-number-2.html

Powierz Panu swą drogę

Nigdy nie modliłam się o dobrego męża. Nigdy też nie szukałam towarzysza życia. Pociągało mnie życie w samotności. Fascynowała mnie bliskość z Bogiem i służba człowiekowi. Na studiach powoli odkrywałam swoje powołanie do życia kontemplacyjnego. Pragnęłam wstąpić do zakonu. Byłam już zdecydowana na konkretne zgromadzenie. Miałam kontakt z siostrami, spędziłam w klasztorze kilka dni. Miałam przed sobą wizję swojego życia. Byłam szczęśliwa i spokojna, że jest ona zgodna z wolą Pana. Czekałam na ukończenie studiów, aby wkroczyć na ścieżkę  powołania.

Jednakże Pan Bóg ma swój plan, kieruje naszym losem w sobie tylko znanym kierunku. I choć nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć Boskiego działania, to przecież On wie, co jest dla nas najlepsze w danym momencie. Zsyła nam sytuacje, które prowadzą nas do dobrego, wystarczy Mu bezgranicznie zaufać i dać się poprowadzić, choćby to był zwrot o 180 stopni…

Takiego właśnie zwrotu Pan Bóg dokonał w moim życiu w chwili, gdy zdecydowałam o życiu zakonnym, przyjęłam z radością to powołanie po wielu rozterkach i gruntownym rozeznaniu. Postawił przede mną młodego mężczyznę, z którym się zaprzyjaźniłam, a który usilnie chciał rozwijać te kiełkujące uczucie bliskości. Pewna swojej drogi, spotkałam się z nim, aby mu powiedzieć, że nic z naszej znajomości nie wyjdzie, gdyż mam inne plany na życie. Rozmawialiśmy raz. Potem drugi i trzeci. Więź się zacieśniała, przyjaźń pogłębiała, aż przyszło zauroczenie i miłość.

To nie była łatwa decyzja, którą ścieżkę wybrać, w którym kierunku pójść. Wybrałam drogę za Panem. Modliłam się Psalmem 37: „Powierz Panu swą drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał”. Taki też cytat obrałam na dalsze życie, grawerując go na obrączce ślubnej i mówiąc w pełni szczęścia szczere i zdecydowane TAK.

Od naszego „tak” minęło już piętnaście lat. Wspaniałych, pełnych miłości i szczęścia dni. Obchodząc każdą kolejną rocznicę ślubu dziękowałam i dziękuję za obecność mojego męża, za dar moich dzieci, a przede wszystkim za ciche prowadzenie tego, który zawsze Jest. Wspólnie spędzone chwile uczą mnie wciąż na nowo cierpliwości, samozaparcia, poświęcenia, rezygnowania z własnych egoistycznych pragnień i pobudek. Uczą mnie, co to znaczy kochać.

Nigdy nie prosiłam o dobrego męża. Dzisiaj każdego dnia dziękuję za wspaniałego towarzysza życia. Otrzymałam więcej, niż pragnęłam, niż kiedykolwiek byłam sobie w stanie wyobrazić. Jestem wdzięczna za otrzymaną miłość, za każdą przeżytą wspólnie chwilę, za dni pełne radości, jak i za dni wypełnione smutkiem, dziękuję za otrzymaną drogę, którą mogę wędrować razem z osobami, które kocham, z rodziną.

 

 

Chciałam się upewnić, że jesteś

„- Puchatku?

– Tak Prosiaczku?

– Nic – powiedział Prosiaczek, biorąc Puchatka za łapkę.

– Chciałem się tylko upewnić, że jesteś.” /A.A.Milne/

Doświadczyłam w życiu pięknej przyjaźni. Przyjaźni, która dała mi oparcie w najtrudniejszych chwilach. Bez zbędnych słów. Bez niepotrzebnych rad. Bez moralizatorstwa. To niesamowite uczucie, gdy w trudnej chwili, jest osoba, która bez pytania przytuli, milczeniem przyjmie niegotowość do rozmowy. Ta wszystkorozumiejąca obecność, ten z radością poświęcony czas jest bezcennym darem prawdziwej przyjaźni i prawdziwej miłości bliźniego, jest darem, który nie wymaga wdzięczności, a jedynie szczerej wzajemności. Miałam ogromne szczęście doświadczyć tego, co w przyjaźni jest najważniejsze – obecności.

To był piękny słoneczny wrzesień, wspaniały obóz w górach, radość młodości i pierwszej miłości, beztroska studenckich wakacji. Wspaniałe wędrówki przeplatały się z nowymi znajomościami i radością bycia z rówieśnikami, budując niezapomniane wspomnienia w albumie pamięci. Cieszyłam się na spotkanie z moim ukochanym. Miał przyjechać, abyśmy mogli spędzić trochę czasu ze sobą, nacieszyć się ulotnością chwili, z dala od codzienności. Czekałam z niecierpliwością. Z radością go powitałam. Niestety, okazało się, że przyjechał, aby się rozstać.

Trudno opisać boleść utraty bliskiej osoby, uczucie opuszczenia i pustki. Świat jakby przestał istnieć, gwiazdy utraciły swój blask, a słońce swoje ciepło. Życie toczyło się jakby obok, za niewidzialną kurtyną poczucia opuszczenia i niezrozumienia. Zostałam nagle sama, odrzucona i pełna niepotrzebnie wstrzymywanych łez, bez chęci do dzielenia się swym bólem z innymi.

Mój przyjaciel zrozumiał mnie bez słów, był przy mnie w tych trudnych chwilach, zabrał mnie na samotną wędrówkę w wysokie góry, bez żadnych pytań, bez roztrząsania, a dlaczego? jak on tak mógł?, w milczeniu pełnym zrozumienia i wyczuwalnego wsparcia. Po prostu był. Przy mnie. Ze mną.

Ta obecność pokazała mi, że można rozmawiać w milczeniu, a najpiękniejsze pocieszenie to spojrzenie pełne miłości i zrozumienia. W przyjaźni nie potrzeba wielu słów, czasami nie potrzeba ich wcale, aby rozmawiać. Wystarczy jedynie obecność.

Podobnie w przyjaźni z Bogiem. On po prostu jest przy mnie w każdej chwili życia, i w radosnych porankach, i w samotnych wieczorach, i w dniach przepełnionych śmiechem, i w tych zalanych łzami. On wszystko rozumie, nie potrzebuje wielogodzinnych tłumaczeń, dziesiątek słów i wyjaśnień. On zna mnie lepiej niż ja sama. On wie, co ukrywam w najgłębszym zakamarku serca. On wie, co jest dla mnie w danej chwili najlepsze. Prawdziwy przyjaciel.

„- Panie Jezu!

– Słucham?

– Nic – Chciałam się tylko upewnić, że jesteś :)”.

 

 

 

 

Kościół dla mnie, czy ja dla Kościoła?

Tagi

W wieku pierwszokomunijnym kojarzyłam Kościół z pachnącymi liliami w wazonie na ołtarzu, z wielobarwnymi promykami słońca załamującymi się w przykurzonych okiennych witrażach, z pełną radości majówką zakończoną wiankiem z żółtego mlecza, z płaczliwym żalem w czasie drogi krzyżowej, z biegami na placu przy salce katechetycznej przed lekcją religii, z księdzem w czarnej sutannie, który był wyrocznią w każdej sprawie i roztaczał wokół siebie aurę szacunku. Potrafił nas ustawić w szeregu i żołnierskim głosem uspokoić rozbrykaną klasę. Wymagał nauki modlitw i katechizmu. Gdy była potrzeba wysłuchał i pocieszył.

Kilka lat później odkryłam, że Kościół to nie tylko świątynia, to nie tylko katecheza, Kościół to ludzie pełni pasji, pociągający za sobą innych, to młodzi pełni energii na rajdach rowerowych, obozach w górach czy nad wodą, to życzliwi pielgrzymi i tych, którzy ich przyjmują, to księża, którzy prowadzą. Miałam to szczęście, że poznałam Kościół piękny, pełen miłości i życzliwości, pełen uśmiechu i radości, Kościół z pieśnią na ustach, żyjący Bożym Słowem i na górskiej skale, i na mazurskiej tafli jeziora, karmiący się Eucharystią i w zabytkowych katedrach, i w opuszczonych kapliczkach, i na polanie pod lasem. Zafascynowałam się tą różnorodnością Kościoła, tym, że odnalazłam w Nim Boga i drugiego człowieka.

Dzisiaj, gdy siedzę w ławce w Kościele, świątynia wydaje mi się mniejsza, może trochę mniej barwna, może bardziej wyciszona. Ludzi jakby mniej, jakby bardziej zabiegani i skupieni na sobie z myślami daleko przy swoich problemach, trochę nieobecni, trochę zagubieni, trochę samotni ze swoimi zmartwieniami, z podwyższoną średnią wieku. Podobnie jak w otaczającym nas świecie wszystko się ciągle zmienia, podobnie i w Kościele wszystko staje się inne, bo Kościół jest taki, jacy tworzący Go wierni. Kościół nie jest samotną wyspą, odciętą od zdobyczy i grzechów współczesności. Kościół jest częścią świata. Jeżeli chcemy, aby był choć trochę inny, jeżeli zależy nam na jego rozwoju, musimy poczuć się odpowiedzialni za zmiany, a nie tylko krytykować, musimy zacząć działać, musimy pozwolić poprowadzić się Duchowi Świętemu.

Kościół to my. Bóg przez wieki chronił Kościół i go prowadził. Pozwólmy Mu, za pośrednictwem Ducha Świętego, działać i dzisiaj, w naszych sercach, w naszym życiu. Pozwólmy Mu się prowadzić, aby prowadził Swój Kościół. Im więcej w Kościele ludzkiego ego, tym Kościół jest bardziej grzeszny, im więcej Boga, tym Kościół jest bardziej święty.

Tajemnica powołania

Każdy na dnie serca skrywa swoją tajemnicę powołania, kiedy wszechpotężny Bóg puka do, często zamkniętego, brudnego i zrozpaczonego, serca. Bóg, który wydaje się zbyt odległy, zbyt wielki, zbyt potężny zniża się do grzesznika i delikatnie puka, otwiera zamknięte i zatwardziałe drzwi, z pokorą zagląda do wnętrza i prosi o nasze życie. Nie przeszkadza Mu brud, Swoją łaską go oczyszcza. Nie przejmuje się strachem, Swoją miłością go przemienia. Nie martwi się bezradnością, Swoją siłą ją ogarnia. Nie brzydzi się grzechem, Swoją łaską go odpuszcza.

Na kartach Ewangelii mamy kilka pięknych powołań, gdy Jezus mówił wprost: „Chodź za mną”. Proste i wymowne zdanie. Oczywiste i przejrzyste. Na tak wspaniałe zaproszenie odpowiedź mogła być tylko jedna, stąd tylu uczniów zgromadziło się wokół Pana. Mężczyźni, jak i kobiety, zostawiali swoje domy, rodziny, aby poznawać naukę Zbawiciela, iść z Nim przez Ziemię Świętą i głosić Dobrą Nowinę. Wypełniali swoje powołanie, takie, jakie przewidział im Bóg.

Spektakularnie został powołany Szaweł. Ten człowiek, wrogo nastawiony do wyznawców Jezusa, został powalony na kolana w swej pysze i zaciekłości przed Zmartwychwstałym, który ukazał mu Prawdę i właściwą drogę. Paweł poszedł za swoim powołaniem, diametralnie zmieniając swoją postawę, mimo swoich drastycznych grzechów i zbrodni. Bóg wybrał Go, oczyścił i dał łaskę przejrzenia, dał łaskę nawrócenia.

Każdy ma swoje powołanie, czy to kapłan, czy zakonnik, czy mąż, czy żona, czy samotna osoba – bez różnicy. Każdego Bóg powołał do Swojego dzieła. Każdego z nas Bóg wybrał, jako osobę niezbędną w Swojej misji – misji zbawienia. Może nie rzucił nas na kolana, może nie oślepił Swym blaskiem, może nie powiedział zdecydowane: „chodź za mną”, to rzadkość. Bóg działa delikatnie. Czasami latami stoi przy zamkniętych drzwiach naszego serca i delikatnie puka. Tak delikatnie, że w zwykłej gonitwie życia jest to niesłyszalne. Czasami przemawia do nas przez wydarzenia życia, przez spotkane osoby, przez piękno przyrody. On przemawia. Ale czy my Go słuchamy?

Aby słuchać, trzeba się wyciszyć i zatrzymać w biegu. Aby słyszeć, należy poświęcić swój czas i uwagę, przestać błyszczeć, zejść na dalszy plan i przestać mówić, dać Bogu przestrzeń. Bóg przemawia w ciszy. W ciszy serca. Dopiero, gdy wypracujemy sobie przestrzeń w naszym sercu, w którym zamieszka Bóg ze swoim słowem i działaniem, możemy usłyszeć Jego głos.

Powołanie, to ścieżka, którą prowadzi nas Bóg. Ścieżka, która często prowadzi w górę, która może być trudna i wymagająca. Ale jest to ścieżka, która prowadzi prosto do szczytu, do wyznaczonego celu, do światła, do Zmartwychwstałego Pana. Bóg wyraźnie wskazuje szczyt, tak aby nie zniknął nam z oczu i czeka tam na nas. W życiu możliwości jest jednak wiele. Można pójść wygodną drogą, szeroką i bez kamieni. Jednakże taka droga nie prowadzi prosto na szczyt, okala górę wokół, jest dłuższa i pełna skrzyżowań, na których można wybrać zły kierunek, nie widząc celu.

To wielka łaska usłyszeć głos Boga. Niewielu Go słyszało, niewielu doświadczyło, niewielu poznało… W gonitwie życia nie zauważamy Jego obecności. A On stoi przy nas. W hałasie smatfonów, seriali, ruchu ulicznego, dyskotek nie słyszymy Jego głosu. A On mówi do nas. W świetle neonów, w blasku fleszy, w betonach miast nie widzimy Jego Osoby. A On wskazuje nam drogę. Warto się zatrzymać choć na chwilę. Warto się wyciszyć. Warto przyklęknąć w mijającym kościele. Warto się chwilę pomodlić. Warto otworzyć Pismo Święte. Może właśnie w tym momencie Bóg do nas mówi… Może właśnie wskazuje nam nasze powołanie, naszą drogę do szczęścia, nasz jedyny i niepowtarzalny szlak prowadzący na szczyt.

Emaus

Bardzo lubię historię uczniów uciekających do Emaus. Wystraszonych, zagubionych, opuszczonych, takich ludzkich i takich współczesnych. Niby wiedzieli, że Jezus zmartwychwstał, bo grób okazał się rankiem pusty, jak doniosły im kobiety, pewnie się domyślali, ze mógł zmartwychwstać, jak zapowiadał wcześniej, ale tak trudno im było w to uwierzyć. „Ich oczy były jakby przesłonięte.” Podobnie my dzisiaj. Mamy wszystko podane na tacy. Wiemy, że Jezus zmartwychwstał, ale czy wierzymy w to? Czy ten miniony święty czas odnowił w nas żywą wiarę w Zmartwychwstanie? Czy nadal przechodzimy obok tej prawdy obojętnie, a może ze strachem, lękiem czy oburzeniem?

Uczniowie żalili się spotkanemu Nieznajomemu, że ich Mistrz, ten Jezus Nazarejczyk, który był dla nich wielkim prorokiem, umarł na krzyżu. Po prostu umarł. „A my się spodziewaliśmy…”. Właśnie. A oni się spodziewali, że pójście za Nim będzie proste, łatwe, przyjemne (skoro to taki wielki i słynny prorok), przyniesie im szczęście i powodzenie, a może bogactwo. A tymczasem wystarczyło, żeby uwięziono Pana i skazano na śmierć, a On nic nie uczynił, nie bronił się, nie wyrwał się z rąk oprawców. A gdzie w tym wszystkim zwycięstwo? A gdzie w tym wszystkim mesjanizm? My dzisiaj często myślimy, że bycie z Jezusem, to gwarancja powodzenia. Wystarczy się pomodlić i wszystkie problemy zostaną usunięte. Jednakże mesjanizm Jezusa, to nie huczne zwycięstwo króla żydowskiego nad rzymskim oprawcą, to nie królestwo bogactwa i władzy. Mesjanizm Jezusa to poniżenie, męka i krzyż, na co zazwyczaj nie chcemy się zgodzić.

Gdy nadszedł wieczór, uczniowie przymusili Nieznajomego, aby z nimi pozostał, aby zjadł z nimi posiłek. I wtedy Go poznali, gdy łamał chleb. Wtedy uwierzyli, że prawdziwie zmartwychwstał. Wtedy „zabrali się i wrócili do Jeruzalem” do pozostałych uczniów, aby z nimi podzielić się wspaniałą wiadomością. Już nie uciekali. Już się nie bali. Spotkanie z Panem dodało im odwagi i wiary. Czy dla nas te minione święta były spotkaniem ze Zmartwychwstałym Panem? Czy wzmocniły naszą wiarę, czy pozwoliły odrzucić lęki i niepewności? A może podobnie, jak wspomniani uczniowie, pełni uczucia zawiedzenia i rozczarowania, odeszliśmy od Zmartwychwstałego? Może uciekliśmy od pustego grobu, szukając innego zwycięstwa? Może w strachu pragnęliśmy ukryć się z dala od wydarzeń? W swym lęku, smutku czy rozczarowaniu nie zapomnijmy jednak, że Jezus nie zostawia swoich uczniów samych, idzie za nimi, choćby znacznie się od Niego oddalili, poucza ich cierpliwie i łamie dla nich chleb. Warto w tym okresie poświątecznym wyczulić się na obecność Zmartwychwstałego i rozpoznać Go na naszej drodze do Emaus. Jeszcze nic straconego, grób pozostał pusty, a Jezus zmartwychwstał!