Czas odbudowy

Bóg w Wielkim Tygodniu zachęca nas do zatrzymania, do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi relacjami, postawami, wyborami, do konfrontacji swojego życia z życiem Jezusa, który staje w obliczu krwawej ofiary, do spojrzenia na postawę apostołów, tych najbliższych Panu, tych wybranych, tych najmilszych przyjaciół. Zdecydowanie najwyrazistszą postacią staje się Judasz ze zdradą, ze srebrnikami za pasem, z pocałunkiem i z przegranym życiem.

Dziś staję obok Judasza, patrzę ze smutkiem w jego zagubienie, w jego rozczarowanie, w jego rozpacz, w jego bezradność… Ile we mnie jest Judaszowej rezygnacji, zdrady? Ile we mnie jest Judaszowego upadku? Ile warta jest moja lojalność wobec Pana, moja wierność i przede wszystkim moja miłość? Może trzydzieści srebrników? A może jeszcze mniej? Czy potrafię prosić Pana o wybaczenie moich zdrad? Czy potrafię z ciężarem swojej słabości pójść z Panem drogą krzyżową i stanąć z Maryją pod krzyżem? Czy potrafię przyznać się do grzechu i złożyć go na Jego świętych ramionach?

Gdy patrzę na zdjęcia zniszczonej katedry Notre Dame, jej wnętrza, widzę swoją duszę: szarą, brudną, w zgliszczach. W centrum krzyż, fundamenty nieruszone, ściany w miarę stabline, a jednak zniszczone, wymagające odbudowy, modernizacji, gruntownego remontu. Stan zniszczeń jest ogromny, trudny do ocenienia dla mnie – laika. Bez pomocy, bez wsparcia nie do ogarnięcia… Stojąc w progu zniszczonej świątyni, mogę rozłożyć ręce i pozwolić, aby całkowicie z czasem uległa zniszczeniu, albo zaprosić do jej wnętrza Zmartwychwstałego, największego budowniczego.

Judasz zburzył swoją świątynię, nie zniósł ogromu jej zniszczeń, przerósł go chaos, przeraziło zniszczenie. Czując ciężar swojej winy w tym nieszczęściu, nie potrafił prosić o pomoc w jej odbudowaniu. Nie zaczekał na Zmartwychwstanie…

Myślę, że każdego z nas poruszyła informacja o pożarze Notre Dame. Ogrom zniszczeń i strat jest niewyobrażalny dla ludzkości. Odbudowa zajmie wiele lat i pochłonie mnóstwo pieniędzy. Przyglądam się dzisiaj fotografii wnętrza zniszczonej katedry i przeraża mnie jej stan po pożarze. Jednak elementem, który najbardziej przyciąga mój wzrok, jest błyszczący krzyż. Krzyż nadziei na odbudowę. Na odbudowę francuskiej świątyni, jak i świątyni mojego serca, które zanoszę z krzyżem na Golgotę, oczekując na Zmartwychwstanie.

Droga krzyżowa codzienności

Droga krzyżowa w Jerozolimie potrafi zaskoczyć swoją zwykłością i rozgardiaszem. Wąskie uliczki wypełnione straganami i przekrzykującymi się sprzedawcami zamykają przestrzeń, sprawiając klaustrofobiczne wrażenie. Mocne zapachy orientalnych przypraw i olejków atakują wrażliwe zmysły. Tłum ludzi przepychający się w jedną i drugą stronę, jakby nie doświadczający niezwykłości miejsca, obija nas o siebie. Niezauważalne bez przewodnika tabliczki z kolejnymi stacjami i maleńkie ukryte w kolorowym gąszczu arabskich sukien kapliczki upamiętniają wydarzenia dnia, w którym Bóg poniósł krzyż na Golgotę. I wreszcie wyłaniająca się zza zakrętu bryła Bazyliki Grobu zaskakuje prostotą kamiennych kształtów. I tu jeszcze większy tłum, jeszcze większy hałas pielgrzymów i turystów przebijających się na Golgotę, czy do samego grobu. Trudno doświadczyć zadumania, kontemplacji, trudno odnaleźć miejsce na chwilę skupienia. Ciekawość, obojętność, przepychanie, aby jak najszybciej dotrzeć do celu.

W ten pamiętny piątek było podobnie. Dwa tysiące lat nie zmieniło człowieka, rozwój cywilizacyjny nie zmienił ludzkości, jej przywar, wad, słabości i grzechów. Umęczony Jezus szedł z belą krzyża w tłumie gapiów, którym zależało jedynie na sensacji, bo oto ten słynny prorok z Galilei został skazany. I po co mu to było? – słychać było zgryźliwe głosy z tłumu. Jedni się śmiali „jaki biedny, a taki był mądry”, inni byli zajęci własnymi sprawami „bo co nas obchodzi jakiś kaznodzieja z Galilei”, jeszcze inni to nawet współczuli z obojętnością „bo cóż właściwie zawinił”, i przechodzili dalej. Byli i tacy, którzy Go popychali, pluli na Niego, oczerniali.

A Jezus? Szedł wytrwale z krzyżem na Golgotę. Upadał i powstawał. A przecież mógł nie wstawać, mógł pozwolić, aby kto inny dźwigał krzyż, a Jego jakoś by dowlekli na miejsce egzekucji. Ale On szedł, pomimo bólu i cierpienia, pomimo zmęczenia i wewnętrznej rozpaczy, mimo wszystko, ponieważ czynił to z miłości. Z miłości powstawał, z miłości pocieszał, z miłości oddał swoje życie. Nie – stracił życie, On je oddał. Oddał za tych, którzy przy Nim byli, za tych, którzy Go zdradzili, za tych, którzy Go osądzili, za tych, którzy Go opuścili, nie zrozumieli, skazali, zmasakrowali, za nas…

Jezus w swojej wolności wziął na ramiona belkę krzyża, aby nas zbawić. My też otrzymaliśmy od Boga wolność. Ogromny dar. Bóg nigdy nam Go nie odebrał i nie odbierze, nie ograniczy. W swojej wolności człowiek może wszystko uczynić, może ułożyć sobie życie, jak tylko zapragnie. Może brać codziennie swój krzyż na ramiona i nieść go z Chrystusem na Golgotę, pomimo tego, że to niezbyt przyjemne, modne, że to trudne, a często nawet przerastające nasze ludzkie siły. Może, nie musi. Może wziąć krzyż i może go zostawić. To znaczy wolność. Dar od Boga. A Jezus w swojej wolności i miłości do człowieka, podnosi każdy porzucony krzyż i zanosi go na Golgotę, aby dać się ponownie przybić do jego drzewa.

U progu Wielkiego Tygodnia pragnę zrobić rachunek sumienia ze swojej codzienności. W cichości sumienia zadaję sobie pytania na temat każdego mijającego dnia. Czy budzę się rano z radością i wdzięcznością za dar życia? Czy potrafię cieszyć się mijającym czasem? Czy podejmuję chętnie codzienne obowiązki i wyzwania? Czy ze spokojem przyjmuję przeciwności? Czy staram się rozwiązywać problemy, a nie od nich uciekać? Czy kocham tych, którzy żyją obok? Czy staram się z uśmiechem i życzliwością podchodzić do spotkanych osób? Czy nie uciekam od swojego powołania i związanych z nim obowiązków? Czy każdego poranka podnoszę swój krzyż, biorę go na ramiona i idę za Jezusem, aby zmniejszyć dźwigany przez Niego ciężar? Czy jestem gotowa, aby stanąć z Nim na Golgocie, aby towarzyszyć Mu w Jego męce i śmierci?

A Ty, czy jesteś gotowy?

 

Ziemia Święta

„Jeśli doświadczasz trudnych chwil, gdy czujesz się całkowicie odłączona od Boga, zdejmij buty. Stoisz na świętej ziemi.” /T.M. Gallagher OMV/

Ziemia Święta. Ziemia starotestamentalnych proroków. Ziemia wymodlona, wyposzczona, wydeptana przez czterdzieści lat na pustyni. Ziemia zlana krwią. Ziemia wielu konfliktów. Ziemia pustynna. Ziemia wybrana przez samego Jahwe. Ziemia Jezusa. Nie można bez emocji przejść po Ziemi Świętej. Nie można przejść obojętnie, w pośpiechu, z przymusu. Nie można przemknąć niepostrzeżenie. Zdejmij buty – mówi Bóg – Stoisz na świętej ziemi. Zdejmij buty ubrudzone szarą codziennością, codziennymi problemami, ubłocone zapomnianym grzechem, umoczone w kałuży rutyny i egoizmu, przykurzone pychą. Stoisz na świętej ziemi.
Nie potrafię bez emocji wrócić do codzienności, pozostawić za sobą wspomnień zielonych wzgórz Galilei, błękitnej tafli Jeziora Genezaret, stąpających majestatycznie wielbłądów po pustynnych wzgórzach i wypełnionej duchowym tchnieniem Jerozolimy. Siedem dni pielgrzymki do Izraela. Siedem dni stąpania po śladach świętości. Siedem dni odkrywania Słowa Bożego. Siedem dni z Jezusem w Jego misji na ziemi. Siedem dni… które teraz wydają mi się niemal wytworem wyobraźni.
Z perspektywy czasu pobyt w Ziemi Świętej powoli się porządkuje w moich wspomnieniach. Pielgrzymka była zbyt intensywna w wydarzenia, przeżycia, aby od razu utworzyć spójny obraz w moich myślach. Każdy mijający dzień oddala ten święty czas, zamazując to, co nieważne, nieistotne, podkreślając to, co warte zapamiętania i powrotu. Powoli zapominam o zmęczeniu, o zimnym deszczu i przemoczonych butach, suszonych hotelową suszarką. Pamiętam jedynie tę wszechogarniającą Świętą Obecność. Obecność , która przenikała każdą myśl, każde westchnienie. Obecność, która była pełna nadziei i niepewności w Nazarecie, delikatna i płacząca w Betlejem, objawiona nad Jordanem i kuszona na pustyni, umęczona na Kalwarii i zwycięska w pustym grobie.
Pielgrzymka do Ziemi Jezusa to najpiękniejsza modlitwa, kontemplacja życia Boga – człowieka, który dla mnie ofiarował Siebie, który przyszedł na świat, aby mnie pokochać, aby przynieść mi nadzieję i pogłębić wiarę. To realne spotkanie z Bogiem, który stał się człowiekiem, z Jego ludzkim obliczem, z Jego codziennością w domu rodzinnym, z Jego przyjaciółmi dziecięcych zabaw, z Jego wędrówką po drogach Galilei i Judei, z Jego ludzką słabością. Ale przede wszystkim to spotkanie z Nim samym. Pan Jezus, przychodząc na świat nie zamknął się w jaskini, w domu. On otworzył Siebie na spotkanie z człowiekiem. Wyszedł do rybaków nad Jeziorem Genezaret, do tłumów na Górze Błogosławieństw, do Zacheusza na Sykomorze, do Łazarza zamkniętego w grobie, do chorych i ułomnych, do opuszczonych i zalęknionych, do grzesznych i odrzuconych przez innych, do nas współczesnych, do mnie.
„Jeśli doświadczasz trudnych chwil, gdy czujesz się całkowicie odłączona od Boga, zdejmij buty. Stoisz na świętej ziemi.” Bóg przyszedł na świat, aby stać się moim towarzyszem życia, otuchą w chwilach trudnych, obecnością w samotności. To właśnie wtedy najłatwiej Go spotkać, właśnie wtedy jest najbliżej. Bóg w swojej miłości, uświęcił moją codzienność, On wszedł w nią w całości i pozostał na zawsze w swoim Ciele i swojej Krwi. I w tej świętej Ziemi, którą przeniknął swoim człowieczeństwem i uświęcił Swoją boskością.

 

Kolejny rok

Stoję u progu Nowego Roku. Jeszcze żyję starymi dniami, chwilami minionych wydarzeń, z zamyśleniem sięgam pamięcią do wcześniejszych miesięcy. Tyle się działo… Tak wiele trudnych i ciężkich dni i nocy, tak wiele radosnych poranków i wieczorów. Zegar jakby szybciej wybijał kolejne godziny, minuty, sekundy. Rok jakby szybciej minął niż wszystkie poprzednie.

Usłyszałam w homilii noworocznej piękne słowa o darowanych mi przez Boga nowych 365 dniach, o dniach, które są wspaniałym prezentem, niezasłużonym, niewypracowanym, a prezentem wypływającym z miłości. Ile chwil z tych ofiarowanych dni poświęcę Panu Bogu? Ile otrzymanego czasu ofiaruję na wspólne spotkania? To Bóg mi daje czas. A ja im lepiej staram się nim zarządzać, tym mam go mniej, im częściej go pilnuję, tym trudniej mi ze wszystkim zdążyć.

Przełom roku to dobry czas na podsumowanie, na rachunek sumienia z minionych dni, tygodni, miesięcy. Warto spojrzeć za siebie z dystansem. Warto poświęcić chwilę na konstruktywną refleksję, na analizę zapisanych kartek kalendarza i również tych niezapisanych, które być może zagubiły się w codzienności i odeszły bez znaczenia do przeszłości. Bilans roku poprzedniego jest przecież bilansem otwarcia nowego czasu. W Nowy Rok wchodzę z całym bagażem doświadczeń, sukcesów i porażek, słabych i mocnych stron. I tylko ode mnie zależy jak spożytkuję otrzymany czas, jak przeżyję ofiarowane dni, co będzie dla mnie priorytetem.

Stoję dzisiaj u progu Nowego Roku i dziękuję Panu Bogu za minione miesiące, za to, że przez cały ten czas prowadził mnie za rękę, mimo tego, iż nieraz z całych sił się wyrywałam, bo chciałam sama, po swojemu… Dziękuję za dar szarej codzienności, w której każdy dzień okazywał się wyjątkowy w swoim istnieniu. Dziękuję za spotkanych ludzi, z których każdy stawał się Bożym darem dla mnie. Dziękuję za przeróżne doświadczenia, które prostowały moją drogę do zbawienia. Dziękuję Bogu, że stał obok mnie, zwłaszcza wtedy, gdy czułam się przeraźliwie samotna i opuszczona. Dziękuję za każdą otrzymaną chwilę, którą odmierzył mi zegar życia.

Przede mną nowy dzień, nowy tydzień, nowy miesiąc, nowy rok. Otrzymałam nowy czas do przeżycia, nowe chwile do wykorzystania. Niech staną się one spotkaniem z  Panem Bogiem. Tego pragnę i tego życzę sobie oraz wszystkim wokół.

 

Mój adwent

Wiele lat temu przeżyłam najpiękniejszy adwent w życiu. Mój niepowtarzalny czas oczekiwania. Wyjątkowy czas. Bez rorat, bez postanowień, bez przygotowań. Prawdziwy czas oczekiwania. Tylko oczekiwania. Z całym koszem niepewności, lęku, zaciekawienia i głębokiej radości. Ze wspaniałym uczuciem nowego życia pod sercem.

Początek tamtego roku przyniósł nam wiele pytań, trochę rozczarowań, nieco wątpliwości. Byliśmy gotowi przyjąć nowe życie, wypełnić nasze małżeństwo łaską rodzicielstwa. Byliśmy otwarci i nieco już zaniepokojeni bezskutecznymi staraniami. Coraz częściej w naszych modlitwach pojawiała się gorąca prośba o dar potomstwa. Coraz częściej przychodziły do nas myśli, a jeśli nie? Każdy miesiąc przynosił coraz intensywniejszy ból rozczarowania.

Nasze starania zbiegły się z chorobą świętego Jana Pawła II. Ze smutkiem w sercu śledziłam przebieg choroby Papieża, Jego cierpienie, Jego walkę o życie, Jego powolne odchodzenie. W całej tej atmosferze smutnego oczekiwania na spodziewany koniec zrodziły się we mnie myśli o tym, że jesteśmy świadkami życia i śmierci świętego. Pamiętałam w modlitwie o Ojcu Świętym, jednak coraz częściej nie modliłam się za Niego, a do Niego. O dar potomstwa. W głębi duszy miałam przeczucie, że ostatnie dni swego życia, Ojciec Święty był coraz bliżej Nieba, stał tuż przy tronie Najwyższego.

O ciąży dowiedziałam się w ostatnim tygodniu życia Ojca Świętego. On powoli odchodził, a pod moim sercem rodziło się życie. Ze łzami w oczach śledziłam wydarzenia w Watykanie. Czułam całą sobą to wielkie misterium odejścia świętego, niemalże dostrzegłam chwilę, gdy Niebo złączyło się z ziemią, gdy życie zmieniło się w wieczność. Moje serce wypełniała wdzięczność za tę świętą posługę Papieża, za ofiarę Jego życia oraz za delikatne, tworzące się życie w moim ciele.

Minęło osiem miesięcy. Przyszedł grudzień. Rozpoczął się adwent. Termin rozwiązania miałam na połowę miesiąca. Z radosnym niepokojem czekałam na chwilę narodzin. Prawdziwy adwent. Duchowo towarzyszyłam młodziutkiej Miriam w drodze do Betlejem, w jej trudzie, lęku, niepokoju, w jej pełnym nadziei oczekiwaniu. To był inny adwent niż wszystkie wcześniej i później. Nie uczestniczyłam w żadnych roratach, nie ubrałam choinki, nie upiekłam pierników, nie posprzątałam zakurzonych kątów. Przebywając długie dni w szpitalu wędrowałam z Maryją do Betlejem. Czułam jej lęk o nienarodzonego, jej zmęczenie przedłużającą się ciążą, ale i jej zaufanie do Boga, że wszystko będzie dobrze.

W noc Bożego Narodzenia nie usiadłam do stołu wigilijnego, bo nadszedł dla mnie czas rozwiązania. Doświadczyłam łaski narodzin pierworodnego w wieczór wigilijny. Do dnia dzisiejszego pamiętam jedynie ogromną radość swoją i całej rodziny, przyjaciół i bliskich. Ogromną radość i przeszywające szczęście. Biorąc po raz pierwszy synka na ręce śpiewałam mu do ucha; „Gdy śliczna panna syna kołysała”.

To była piękna noc. Noc narodzin. Noc szczęścia. Noc radości. Na szpitalnym korytarzu szeptem płożyły się kolędy śpiewane do ucha niemowlętom. Do rana wydzwaniał telefon z gratulacjami, ze wsparciem. Czułam wręcz namacalną obecność bliskich. Byłam otoczona wspaniałą opieką, pomocą. Moje serce wypełniał przedziwny pokój. Pokój głoszony przez świetliste Anioły przy Bożej stajence.

Leżąc w tę piękną noc bożonarodzeniową w szpitalnym łóżku, myślałam o Miriam, która rodziła w ubogiej, zimnej szopie, samotna, bez specjalistycznej opieki, w towarzystwie zwierząt i dymu z ogniska. Myślałam o młodej kobiecie, właściwie dziewczynie, która dała światu Zbawiciela, która bezgranicznie zaufała Bogu i Jemu poświęciła swoje życie, która z cierpliwością i łagodnością znosiła wszelkie przeciwności i niewygody, która z niewyobrażalną ufnością i zawierzeniem swojego życia Bogu, podążała tam, gdzie On chciał przyjść na świat, do brudnej, zimnej, zakurzonej i pełnej zwierząt szopy.

Każdy adwent to dla mnie czas oczekiwania, czas porządków, kalendarzy, dobrych uczynków, postanowień, radosnych rorat, pieczenia pierników i świec na wieńcu. To czas wielkiego zamieszania i przygotowań. Jednak z każdą kolejną świecą, zapalaną na wieńcu, przypominam sobie ten święty czas mojego wyjątkowego adwentu sprzed lat. Czas Bożego Narodzenia w moim sercu. Czas wspólnie przeżyty ze świętą Rodziną. Czas życiowej refleksji. Czas radosnego cudu narodzin. I staram się, choć nie zawsze skutecznie, i pragnę tego z całego serca, aby być gotową na przyjęcie wędrującej Miriam z Józefem do ciepła mojego domu, aby Jezus nie musiał znów rodzić się w zimnej stajence.

www.parafia-cieslin.pl

Czy to mało?

Pragnęłam w życiu czynić wielkie rzeczy, marzyły mi się globalne projekty, pochłaniały mnie ogromne marzenia. Miałam tak wiele planów, pomysłów, ideałów… Świat stał przede mną otworem z perspektywą samorealizacji, satysfakcji i szeregu osiągnięć. Miałam zapał, energię i plany, plany, plany… Młodość 🙂

Z perspektywy lat mój zapał zastąpiło doświadczenie, moją energię – żmudna codzienność, moje plany – wspólne rodzinne zamierzenia. Czy coś straciłam? Czy czuję się niespełniona, nieszczęśliwa? Wręcz przeciwnie. Wraz z małżeństwem zyskałam miłość, oparcie, obecność, wspólnotę. Wraz z macierzyństwem zyskałam radość, cel, spełnienie, rodzinę. Codzienne życie stało się moim globalnym projektem, moją wąską ścieżką do świętości. Świętości mojej i moich najbliższych.

Czy świętość to tylko wielkie projekty wielkich świętych? Jaki mogę mieć wpływ na szerzenie Ewangelii? Co mogę uczynić, aby pomóc we wzroście Kościoła? Życie proponuje różne formy działania, w zależności od posiadanych uzdolnień, charyzmatów. Wokół inicjują się ogromne piękne projekty, szlachetne działania. Potrzebni są ludzie do czynienia dobra właściwie w każdej dziedzinie. Zgodnie ze swymi pragnieniami można dać się pochłonąć wspaniałym ideom, wielkim dziełom, można działać, można pomagać, można ewangelizować.  Wystarczą chęci, czas i pragnienia.

Czasami mam wyrzuty sumienia, że nie działam w wolontariacie, że nie pomagam potrzebującym, że za mało wspieram finansowo instytucje charytatywne, że nie potrafię ewangelizować, że czuję się za słaba, aby tworzyć przestrzeń dobra, aby budować Królestwo Niebieskie. Mam swoją małą przestrzeń, o którą dbam, o którą walczę i którą próbuję uświęcić. Mam swoją rodzinę, swoich przyjaciół i środowisko. Mam swoje problemy, swoich bliskich potrzebujących, swoje życie, które potrzebuje codziennej troski. Czy to mało?

Pan Jezus mówi, że Królestwo Boże jest podobne do ziarnka gorczycy, posianego przez kogoś w ogrodzie. Może wyrosnąć na ogromne drzewo w sprzyjających warunkach. Wystarczy odrobina wysiłku, dbałości. Wystarczy nie pozwolić mu zarosnąć, wystarczy nie pozwolić, by ktoś obcy je wyrwał. Wystarczy się postarać. O resztę zadba Pan Bóg. Nie mamy przecież wpływu na słońce, aby świeciło, ani na deszcz,  aby skropił glebę. To może uczynić tylko Wszechmocny. I tylko Duch Święty może nasiona rozsiać swym podmuchem po całym świecie.

Wcale nie muszę być wielkim aktywnym wszechobecnym i wszechstronnym działaczem kościelnym, aby iść własną ścieżką świętości. Wystarczy, abym zadbała o swoje drzewko gorczycy, aby wyrosło w promieniach łaski Najwyższego. To moje drzewko wpływa przecież na rozwój Królestwa Bożego. Czy to mało?

 

Czy na pewno pragnę spotkania?

Całe życie jest spotkaniem. To spotkania z innymi kreują naszą rzeczywistość, ale i osobowość. To spotkania są sensem naszej szarej codzienności, potrafią pobudzić do działania, dodać otuchy w smutku, czy przynieść chwilę śmiechu i radości. Potrafią też być trudne, pełne wyrzutów i pretensji, smutku i rozpaczy, czy po prostu poczucia zlekceważenia. Jednak człowiek nie jest stworzony do życia w samotności, choć bywają dni, że najchętniej zaszyłby się daleko od społeczeństwa, od problemów, rozterek codzienności. Ale to są tylko przelotne chwile. Bóg nie stworzył tylko Adama, aby wiódł w raju swój pustelniczy żywot. Bóg stworzył ludzi, ze wszystkimi późniejszymi konsekwencjami, stworzył Adama i Ewę, aby wspólnie z Nim tworzyli rzeczywistość.

Życie w rodzinie, społeczeństwie wymaga nieustannej pracy nad sobą, nad relacjami, nad współdziałaniem. Nic nie powstaje z niczego. Aby więzi w rodzinie, w pracy, we wspólnocie były trwałe, pełne miłości, akceptacji i wsparcia, wymagają współpracy wszystkich uczestników, wymagają wyjścia ze swojego egoizmu, poświęcenia osobistego czasu i otwarcia serca. Wyjścia poza strefę komfortu.

Podobnie relacja z Panem Bogiem. Przeczytałam gdzieś w wirtualnej przestrzeni, że aby spotkać Boga, należy wyjść poza swoją strefę komfortu, poza swoją oazę bezpieczeństwa, poza swój wypracowany codzienny schemat. My często w swoim życiu codziennym zabudowujemy się murami ochronnymi, mocnymi, wysokimi, chroniącymi nas przed niespodziewanymi wypadkami, zranieniami, zakłóceniami. Każde wyjście poza strefę ochronną traktujemy jak zagrożenie, zakłócenie spokoju. A przecież spotkanie wymaga jedynie otwarcia furtki.

Pan Bóg idzie z nami przez całe życie. Tylko nie zawsze jest widoczny zza naszego muru ochronnego. Uczniowie idący do Emaus byli tak przestraszeni wydarzeniami mijających dni, że w wędrującym towarzyszu nie dostrzegli swojego Mistrza. Kobiety przy grobie były tak zaaferowane, że nie rozpoznały Zmartwychwstałego. Tylko wyjście poza swoje ograniczenia, swoje nawyki, swoją codzienność otwiera nas na spotkanie. Otwiera furtkę, przez którą możemy zaprosić Boga, lub przez którą możemy wyjść Mu na spotkanie. Wystarczy otworzyć tę furtkę, a ujrzymy Pana, Boga, który cierpliwie czeka, który tęskni i z radością wybiega nam na spotkanie. I kocha nieustającą miłością.

Otwarcie nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza, gdy mur jest zbyt gruby, furtka zbyt mała i zarośnięta chwastem czasu. Trzeba włożyć dużo wysiłku, czasem desperacji, samozaparcia, należy uzbroić się w cierpliwość i wytrwałość. Trzeba pukać, szarpać, nie odpuszczać, aż mury ustąpią, chwasty zostaną wyrwane, a przerdzewiały mechanizm puści pod naciskiem. Naprawdę warto! Nic nie jest wspanialsze niż ramiona tęskniącego Ojca, niż na nowo odkryta miłość Najwyższego, niż wszechogarniająca radość Jego obecności!

A konsekwencją spotkania jest działanie. Galilejscy rybacy, słysząc „Pójdź za mną”, zostawili swoje  sieci, domy, rodziny i poszli za Mistrzem, uczniowie, rozpoznając Jezusa w Emaus, biegiem wrócili do Jerozolimy, kobiety, spotykając Zmartwychwstałego, przybyły do Apostołów, aby zaświadczyć że Pan żyje.

A czy ja jestem gotowa na spotkanie z Panem? Czy tego pragnę, czy do tego dążę? Czy próbuję wyjść poza swoją strefę komfortu? Czy próbuję otworzyć furtkę, zburzyć mur ochronny, odgradzający mnie od Boga? Czy pragnę spotkania ze stęsknionym i czekającym Ojcem? A może boję się podjąć ryzyko spotkania, bo dobrze mi jest w mojej kryjówce, może smutno, samotnie i ciemno, ale bezpiecznie za grubym murem odgradzającym mnie od świata?

A Pan Bóg cierpliwie czeka. Podarował nam wolność i z szacunkiem traktuje naszą ucieczkę, nasz azyl. Ale tęskni, wypatruje i z miłością czeka. Bo miłość cierpliwa jest…

 

Pójdź za mną Szymonie, Jakubie, Janie, Mateuszu…

Jak wyglądało powołanie uczniów? Karty Ewangelii nie wspominają o żadnych castingach przeprowadzanych przez Pana Jezusa. Nie wybierał On swoich uczniów z rzeszy najwspanialszych, najpiękniejszych, najmądrzejszych, najuczciwszych, najwierniejszych i jeszcze innych naj. Nie przebierał w zgłoszonych kandydaturach, analizując psychiczne predyspozycje, czy profile społecznościowe. Nie wypytywał o pochodzenie i prowadzone życie, o postawę moralną, czy poparcie społeczne. On, jakby przypadkiem, przechodząc obok, po prostu wzywał, by pójść za Nim. „Pójdź za Mną” – usłyszeli rybacy na Jeziorem Galilejskim. „Pójdź za Mną” – usłyszał celnik Mateusz. „Pójdź za Mną” – usłyszeli inni zwykli, niespodziewający się zmian, ludzie. To nie byli herosi, ani święci. To byli zwykli ludzie, ze zwyczajnych rodzin, z codziennymi problemami, ludzie, których obciążały przeróżne problemy wyrastające z otaczającego społeczeństwa.

Uczniowie byli tacy, jak ich ojcowie, dziadkowie, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. Jedyne, co ich różniło i co mnie w nich zachwyca, co ich wyróżnia, to piękna odpowiedź na zaproszenie Jezusa, to ich gotowość do poświęcenia wszystkiego, do pójścia za tym, któremu uwierzyli. Na pewno mieli mnóstwo wątpliwości, na pewno nieraz pragnęli wrócić w zacisze swoich domów, na pewno tęsknili za bliskimi. Ale poszli za Jezusem. A Jezus ich powoli przemieniał, przygotowywał do zadań, które mieli wypełnić, wspierał ich, nauczał, dodawał otuchy. Można by pomyśleć, że idąc przy Mesjaszu, będą jak On. Nie byli. Byli słabi, grzeszni, wątpiący. Potrafili się kłócić o pierwszeństwo, wyprzeć się Mistrza, zdradzić. Jednak to oni stali się fundamentem powstającego Kościoła.

Dzisiaj Kościół nadal tworzą zwykli ludzie. Jest jakiś Piotr, Mateusz, Jan czy Judasz. Idą za Jezusem w służbie innym. Popełniają błędy, są słabi, mają problemy podobne jak społeczeństwo, w którym żyją. To zwykli ludzie z bagażem swojego życia, wychowani w naszych współczesnych rodzinach. Współcześni kapłani. Ale pamiętajmy, że Kościół także tworzymy my wszyscy. Nagonka na księży, to nagonka na nas wiernych. Zła nie można tolerować, nie można zamiatać pod dywan. Należy z nim walczyć. Tylko, czy tego zła jest aż tyle, ile się o tym mówi w mediach?

Spotkałam w życiu wielu księży, zakonników. Nie wszyscy byli idealni. Nikt nie jest idealny. Nie byli też święci. Nie ma ludzi świętych. Nie każdy się uśmiechał, pocieszał, pomógł. Bywają różne dni, sytuacje, wydarzenia. Ale czy te wszystkie niemiłe, trudne sytuacje miały mi przysłonić tego, który jest dla mnie Najważniejszy? Jezus umarł za mnie i zmartwychwstał dla mnie, nie zważając na wady swoich uczniów. Wybrał ich i umocnił, aby mi o tym opowiedzieli i przypomnieli, gdy sama zapomnę, aby wskazali mi drogę, gdy się zagubię. Dziękuję tym wszystkim kapłanom, których spotkałam w swoim życiu, za to, że, mimo trudności i słabości, starali się iść za Jezusem i próbowali, jak tylko potrafili, trzymać mnie za rękę, abym i ja za Nim podążała.

Stare kino

Lubię spoglądać w przeszłość. Podpatrywać, co się działo. Wspominać miłe chwile. Z nostalgią wracać do tych, co odeszli. Oglądać swoje życie, jakby było „w starym kinie”: trochę czarno-białe, trochę przymglone, przygłuszone trzaskiem starej taśmy. Nie wszystko jest na tyle ostre, aby dokładnie zobaczyć, nie wszystko na tyle oczywiste, aby dokładnie zrozumieć. Ale wraz z upływem czasu wszystko zdaje się układać w ciąg spójnych wydarzeń, w jedną wielką całość. Tak jakby prawdziwa stawała się proporcja, że im więcej wspomnień pozostawiam za sobą, tym bardziej tworzą one zintegrowaną logiczną fabułę. I choć czasami mam wrażenie, że każdy dzień tworzy jakby odrębny kadr, bez żadnego związku z poprzednim, wprowadzając całkowity chaos w wydarzeniach i odczuciach, to jednak, w miarę upływu lat, widzę, że powstający film życia ma genialnego Reżysera. Reżysera, który zna zakończenie, ale daje aktorom możliwość wprowadzania zmian w scenariuszu, daje swobodę, ale jednocześnie delikatnie, z ogromną dozą cierpliwości prowadzi do celu.

Zdarzyło mi się już kilka razy w życiu, że nagle przyszło na mnie jakby zrozumienie przeżytych dni, miesięcy, lat… Zdarzyło się, iż nagle ujrzałam, że te wszystkie minione wydarzenia prowadziły mnie właśnie do tej jednej, jedynej chwili, chwili, która pokazywała mi ostro i wyraźnie, bez wątpliwości, że Bóg jest przy mnie, ze mną, oraz, że cały czas przy mnie był, że mnie prowadził, że dał mi przeżyć ten miniony czas, abym właśnie w tej chwili stanęła z Nim twarzą w twarz. Olśnienie. Zrozumienie. Doświadczenie obecności Boga. Odczucie Jego miłości. Po ciągłych wątpliwościach, po nieustannych zmaganiach, po rozpaczliwym osamotnieniu, po przeszywającym smutku, następowało spotkanie.

Rok temu uczestniczyłam w rekolekcjach ignacjańskich. W swoim planie urlopowym nie przewidywałam w ogóle jakichkolwiek rekolekcji, a tym bardziej rekolekcji zamkniętych, w ciszy, w oderwaniu od rodziny, od codzienności. Jednak przyszedł taki moment, gdy znalazłam się w całkowitej rozsypce, w ciemności, beznadziei i osamotnieniu, i jedyna myśl, która rozświetliła mroki mojego serca, to była myśl o rekolekcjach. Udało mi się wszystko zorganizować w domu, w pracy, aby móc na tydzień zniknąć dla świata. Udało mi się wyjechać, mimo wielu przeciwności. Udało mi się spędzić pięć dni w ciszy, mimo ogromnego hałasu w duszy. Udało mi się nieco uspokoić wnętrze, mimo potężnego bałaganu. Cisza. Modlitwa. Spotkanie z Bogiem, ze sobą. Na zakończenie rekolekcji, w wigilię wyjazdu, podczas Eucharystii, gdy spojrzałam w twarz częstochowskiej Madonny, słuchając rozważania nt. modlitwy różańcowej, nagle zrozumiałam, że to wcale nie był przypadek, że znalazłam się właśnie na tych rekolekcjach, że przyjechałam właśnie do Częstochowy, że było to właśnie w październiku w miesiącu różańca. Poprzez modlitwę różańcową Matka Boża z Jasnej Góry wzięła mnie jak niemowlę na ręce i przyniosła do swojego Syna. W jednej chwili przebiegły mi w głowie kadry wydarzeń ostatnich dni, miesięcy, a nawet lat. Ujrzałam sens wszystkiego, co się wydarzyło. Poczułam się wspaniale prowadzona, osadzona w doskonale wyreżyserowanej fabule. Stanęłam przed Bogiem odnaleziona i umiłowana.

Każde spotkanie wynika z pragnienia spotkania, gdyż każde spotkanie wymaga jakiegoś wyrzeczenia, wymaga poświęcenia swojego czasu, uwagi, wymaga wyjścia do drugiej osoby, wymaga otwarcia się, dzielenia się sobą, wymaga przeciwstawienia się swojemu ego, wymaga słuchania. Każde spotkanie, a przede wszystkim spotkanie z Bogiem. Chcąc spotkać Boga, należy przede wszystkim tego zapragnąć, należy się wyciszyć, znaleźć chwilę na modlitwę, należy się otworzyć, ofiarować swoją codzienność, opowiedzieć o niej, przestać myśleć o sobie, i słuchać.

Przede mną kolejne rekolekcje. Tym razem częściowo zaplanowane, tym razem ze spokojniejszym sercem, z odmiennym nastawieniem. Prawdziwie pragnę tego spotkania z Bogiem, chcę poświęcić te kilka dni modlitwie, chcę zanurzyć się w ciszy, chcę otworzyć swe serce, wyjść poza własne ego i pragnę słuchać.

W swoim życiu jestem tylko aktorem, i to pewnie marnej klasy. Jedynie wybitny Reżyser może ze mną uczynić coś pięknego i wartościowego, wystarczy Mu zaufać i dać się poprowadzić.

Przyszedł czas na kolejną scenę…

Fotka ze strony: https://pl.depositphotos.com/60672613/stock-photo-old-movie-countdown-number-2.html

Powierz Panu swą drogę

Nigdy nie modliłam się o dobrego męża. Nigdy też nie szukałam towarzysza życia. Pociągało mnie życie w samotności. Fascynowała mnie bliskość z Bogiem i służba człowiekowi. Na studiach powoli odkrywałam swoje powołanie do życia kontemplacyjnego. Pragnęłam wstąpić do zakonu. Byłam już zdecydowana na konkretne zgromadzenie. Miałam kontakt z siostrami, spędziłam w klasztorze kilka dni. Miałam przed sobą wizję swojego życia. Byłam szczęśliwa i spokojna, że jest ona zgodna z wolą Pana. Czekałam na ukończenie studiów, aby wkroczyć na ścieżkę  powołania.

Jednakże Pan Bóg ma swój plan, kieruje naszym losem w sobie tylko znanym kierunku. I choć nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć Boskiego działania, to przecież On wie, co jest dla nas najlepsze w danym momencie. Zsyła nam sytuacje, które prowadzą nas do dobrego, wystarczy Mu bezgranicznie zaufać i dać się poprowadzić, choćby to był zwrot o 180 stopni…

Takiego właśnie zwrotu Pan Bóg dokonał w moim życiu w chwili, gdy zdecydowałam o życiu zakonnym, przyjęłam z radością to powołanie po wielu rozterkach i gruntownym rozeznaniu. Postawił przede mną młodego mężczyznę, z którym się zaprzyjaźniłam, a który usilnie chciał rozwijać te kiełkujące uczucie bliskości. Pewna swojej drogi, spotkałam się z nim, aby mu powiedzieć, że nic z naszej znajomości nie wyjdzie, gdyż mam inne plany na życie. Rozmawialiśmy raz. Potem drugi i trzeci. Więź się zacieśniała, przyjaźń pogłębiała, aż przyszło zauroczenie i miłość.

To nie była łatwa decyzja, którą ścieżkę wybrać, w którym kierunku pójść. Wybrałam drogę za Panem. Modliłam się Psalmem 37: „Powierz Panu swą drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał”. Taki też cytat obrałam na dalsze życie, grawerując go na obrączce ślubnej i mówiąc w pełni szczęścia szczere i zdecydowane TAK.

Od naszego „tak” minęło już piętnaście lat. Wspaniałych, pełnych miłości i szczęścia dni. Obchodząc każdą kolejną rocznicę ślubu dziękowałam i dziękuję za obecność mojego męża, za dar moich dzieci, a przede wszystkim za ciche prowadzenie tego, który zawsze Jest. Wspólnie spędzone chwile uczą mnie wciąż na nowo cierpliwości, samozaparcia, poświęcenia, rezygnowania z własnych egoistycznych pragnień i pobudek. Uczą mnie, co to znaczy kochać.

Nigdy nie prosiłam o dobrego męża. Dzisiaj każdego dnia dziękuję za wspaniałego towarzysza życia. Otrzymałam więcej, niż pragnęłam, niż kiedykolwiek byłam sobie w stanie wyobrazić. Jestem wdzięczna za otrzymaną miłość, za każdą przeżytą wspólnie chwilę, za dni pełne radości, jak i za dni wypełnione smutkiem, dziękuję za otrzymaną drogę, którą mogę wędrować razem z osobami, które kocham, z rodziną.