Droga krzyżowa na dziś

Stacja 1. Skazanie na śmierć


Panie, stoisz przed Piłatem jak skazaniec. Przywleczony przez tłum, który już Cię osądził. Pogodzony z losem. Niezrozumiany. Opuszczony przez najbliższych. Zdradzony przez zaufanych. Poniżony przez tych, którzy chcieli widzieć Cię królem. Znienawidzony przez tych, których ukochałeś. Cichy. Cierpliwy. Pokorny. Bóg, który oddaje się w ręce człowieka. Bóg wszechmogący, który z miłości staje się bezradny.
Panie, ja człowiek, uwierzyłem, że jestem bogiem. Zawładnąłem światem. Zniewoliłem naturę. Okiełznałem żywioły. Zacząłem rządzić życiem i śmiercią, głosić dobro aborcji i eutanazji. Zapomniałem, że wszystko, co potrafię i posiadam, zawdzięczam Tobie. Dopiero teraz, w obliczu epidemii, zaczynam zastanawiać się nad moją wydumaną wszechmocą. Jeszcze wołam wraz z tłumem: „na krzyż z Nim”. Ale już coraz ciszej. A Ty stoisz przed tłumem i przed Piłatem, bez słowa, z pokorą przyjmujesz wyrok i czekasz, kiedy w końcu dostrzegę prawdę o sobie.
Panie, naucz mnie prawdziwej pokory, abym potrafił w prawdzie stanąć przed Tobą i z ufnością przyjąć Twoją wolę.

Stacja 2. Przyjęcie krzyża na ramiona

Panie, po morderczym ubiczowaniu, z cierniami wbitymi w skronie, umęczony, zakrwawiony przyjmujesz na swoje ramiona belę krzyża. Surowe drewno wbija Ci się w świeże rany, powodując niewyobrażalny ból. Ciężar krzyża przygniata Twoje ramiona. Zgarbiony pod ciężarem, obolały, niepodobny do siebie, u kresu sił, robisz pierwszy krok w kierunku Golgoty. I drugi. I trzeci…
Panie, stałem się centrum świata. Przestałem zauważać cierpienie i potrzeby ludzi żyjących obok mnie. Pogrążyłem się w przyjemnościach, w zabawie, szaleństwie, karierze. Ja – najwspanialszy, najlepszy, idealny, niezwyciężony i wieczny. To moje pragnienia i potrzeby stały się najważniejsze. To ja stałem się najważniejszy. Nie zauważyłem nawet, kiedy rozpocząłeś Swoją drogę krzyżową. Dopiero teraz, gdy z każdym dniem media informują o kolejnych setkach, tysiącach umierających, o ciężko chorujących, o braku lekarstw, o bezradności lekarzy i personelu medycznego, dopiero teraz dostrzegam swoją bezradność, małość, kruchość, bezsilność. Dopiero teraz zaczynam się bać.
Panie, daj mi siły, wytrwałości i odwagi, abym z ufnością, ze swoim krzyżem na ramionach, poszedł za Tobą na Golgotę.

Stacja 3. Pierwszy upadek

Panie, każdy krok jest dla Ciebie ogromnym wysiłkiem, niewyobrażalnym bólem. Poganiany przez rzymskich żołnierzy idziesz jednak do przodu. W końcu ze zmęczenia upadasz na ziemię. Kamienie ranią Twoje kolana i łokcie. Twoje ciało, które w całości jest jedną raną, wbija się pod ciężarem krzyża w kamienistą, pełną piachu drogę. Masz dość, ale wiesz, ze musisz iść dalej, bo Twoim celem jest krzyż.
Panie, w moim świecie nie było miejsca na upadki, przecież zostałem stworzony do sukcesu. Nie mogłem odpaść, okazać się mięczakiem, przyznać się do słabości. Robiłem wszystko, aby błyszczeć, gwiazdorzyć, szpanować. Stres zapijałem najlepszymi alkoholami i zagłuszałem szaleńczą muzyką. Imprezy. Balangi. Powoli ogarniał mnie lęk przed przegraną, nerwica, depresja. Moje życie stawało się zbyt ciężkie, by żyć dalej. Dopiero dzisiaj, gdy zaczynam bać się zarażenia, gdy tracę swobodę codzienności, gdy każdy kontakt staje się zagrożeniem, widzę Twoją wszechogarniającą miłość, która pozwala Ci przekraczać granicę bólu i wyczerpania, i dźwigać się z krzyżem z upadku.
Panie, w obliczu pandemii, nie pozwól mi zanurzyć się w strachu, lęku i bólu, ale daj mi odwagę z radością żyć, aby stawać się wsparciem dla innych.

Stacja 4. Spotkanie z Matką

Panie, jesteś pogrążony w ogromnym bólu. Niesiesz krzyż na Golgotę, aby oddać Swoje życie za każdego człowieka. Nie masz niezranionej części ciała. W Twojej twarzy, postawie trudno rozpoznać Jezusa z Nazaretu, tego, który Swym wzrokiem pełnym miłości przyciągał ludzi. W tym ogromnym poniżeniu spotykasz Matkę. Jest Ci jeszcze trudniej, widząc ogromne cierpienie na ukochanej twarzy.
Panie, zawsze czułem się najważniejszy. Nie dostrzegałem potrzeb innych ludzi, nie doceniałem ich miłości, ich uczuć. Raniłem najbliższych swoim postępowaniem. Moje ego budowało we mnie poczucie wyższości i pogardy. Ja. Ja. Ja. Nawet w czasie spowiedzi obwiniałem innych za swoje postępowanie, wybielając swoje grzechy. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że choroba może zabrać moich bliskich, może zabrać mnie. Patrzę na ich cierpienie, lęk, obawy. I żałuję, że dotąd tak mało kochałem.
Panie, przepraszam Cię za mój egoizm, za moją wyższość. Proszę, miej w opiece tych, których kocham najbardziej.

Stacja 5. Spotkanie z Szymonem

Panie, nie masz już siły by iść. Potykasz się. Zatrzymujesz. Prowadzący Cię żołnierze zaczynają się irytować. W końcu zbliżają się do ludzi przyglądających się Twojej męce. Chwytają pierwszego z brzegu mężczyznę i siłą przyciągają do Ciebie. Rozkazują mu chwycić Twój krzyż i nieść go razem z Tobą. On nie chce. Nie chce dotykać brudnego krzyża. Nie chce być kojarzony z przestępcą. To wstyd. Hańba. Przymuszony, pomaga Ci w drodze na Golgotę.
Panie, moje życie było gonitwą. Gonitwą za pieniądzem, za karierą, za uznaniem, za sławą. Nie patrzyłem na innych. Nie interesowało mnie, co się dzieje wokół. Nie martwiłem się o nikogo, poza sobą. Pędziłem w wirze współczesnego szaleństwa. Szybciej niż czas. Moich bliskich zostawiłem za sobą. Bo jacyś niedzisiejsi, zacofani, naiwni… Jakoś sobie poradzą… Dopiero teraz, gdy świat się zatrzymuje i ja zostaję zmuszony do zatrzymania, zostaję zmuszony do izolacji i zamknięcia, widzę, pomimo zniecierpliwienia i złości na sytuację, co jest naprawdę ważne w życiu.
Panie, dziękuję Ci za to, że, dla mojego dobra, stanowczo wkraczasz w moje życie. Spraw, abym jak Szymon z Cyreny w przymusie Twojej miłości stał się Twoim świętym.

Stacja 6. Spotkanie z Weroniką

Panie, ta ostatnia droga Twojego życia jest niezwykle trudna. Przez pot, krew i łzy wycieńczenia nie widzisz, co się wokół dzieje. Idziesz ostatkiem sił. Potykasz się. Obijasz się o zgromadzony po drodze tłum. Nagle czujesz na Swojej twarzy świeże muśnięcie materiału, czujesz dotknięcie miłości Weroniki. Ona chciała Ci pomóc. Swoim czynem może zadrasnęła Twe rany, może Cię zabolała poraniona twarz, ale w sercu poczułeś jej szczerą miłość.
Panie, ja ciągle się spieszyłem. Zawsze. I w pracy. I w domu. I na ulicy. Mijałem najbliższych, mijałem znajomych, mijałem przechodniów, szybkim krokiem, ze spuszczonym wzrokiem, ze słuchawką na uszach. Nie widziałem, że dziecko potrzebowało pomocy w lekcjach, że koleżanka martwiła się o chorą mamę, że na ulicy leżał pijany mężczyzna. Dopiero teraz, gdy życie w swojej codzienności się zatrzymało, dostrzegłem, że mogę niczym Weronika, z głębi serca pomóc najbliższym, wysłuchać ich, spędzić z nimi trochę czasu. Nagle dostrzegam, że wokół jest wiele osób, które mogę po prostu zauważyć i obdarzyć odrobiną miłości.
Panie, dziękuję Ci za ten dany mi czas, czas wytchnienia, czas zatrzymania. Proszę, abym wykorzystał go maksymalnie i potrafił zauważyć innych wokół mnie.

Stacja 7. Drugi upadek

Panie, im dłużej idziesz, tym drzewo krzyża staje się cięższe, wbija się w Twoje rany, uderza w Twoją ociernioną głowę. Droga wiedzie coraz bardziej pod górę, staje się coraz trudniejsza. Każdy krok sprawia Ci ogromny ból, chwiejesz się ze zmęczenia i potykasz się o leżące kamienie. W końcu upadasz. Po raz drugi. Belka uderza o ziemię, przygniata Ci ramię. Każdy zastanawia się, czy to już koniec, czy dasz radę iść dalej. Dajesz radę. Powstajesz po raz drugi.
Panie, w przeszłości bywały chwile, gdy zastanawiałem się nad sensem życia, nad sensem istnienia. Stałem nad życiową przepaścią i myślałem, czy warto się starać, czy warto się męczyć, czy warto… Dni wypełniała ciemność, smutek, bezsens. Nic mi nie wychodziło. Nic mi się nie chciało. Nawet łzy nie istniały i nie przynosiły ulgi. W świetle obecnej pandemii nagle zauważyłem, że moje problemy są niczym wobec daru zdrowia i życia, że wszelkie ciemności ustają, gdy zaczyna się myśleć o ludziach wokół, o ich zmartwieniach, chorobach i śmierci, że trzeba po prostu powstać i iść dalej.
Panie, Ty powstałeś drugi raz po krzyżem, proszę daj mi siły, abym nie zanurzał się w swoich problemach i abym nie dał się pochłonąć ciemności, ale abym za każdym razem powstawał i z odwagą stawiał czoła życiu.

Stacja 8. Spotkanie z płaczącymi kobietami

Panie, przed chwilą z ogromnym wysiłkiem podniosłeś się z ziemi i ponownie wziąłeś na ramiona Swój krzyż, aby zanieść go na Golgotę. Idąc, mimo ogromnego zmęczenia i bólu zatrzymujesz się przed płaczącymi niewiastami, aby je pocieszyć, aby dodać im otuchy, aby wskazać im cel ich życia. Ty wypełniasz wolę Ojca, to do czego zostałeś wezwany. One mają wypełnić swoją misję, swoje powołanie. Nie chcesz, aby płakały za Tobą, ale aby wróciły do swoich rodzin i im poświęciły swoją miłość.
Panie, długo szukałem swojej drogi. Popełniłem wiele błędów, skrzywdziłem wielu ludzi, podjąłem wiele nietrafionych decyzji. Znalazłem się mniej lub bardziej świadomie na drodze, którą idę. Teraz przyszedł czas na refleksję, czy dobrze wybrałem, czy idę we właściwym kierunku, czy to kim jestem, to był mój plan, czy Twój plan. Dzisiaj staję przed Tobą, współczuję, płaczę, pragnę pomóc, a Ty wskazujesz na chorych, na umierających i prosisz, aby się nimi zajął, abym pomógł ich ratować, abym wspierał ich słowem, abym zarażał pokojem, abym modlił się za umierających.
Panie, pozwól mi odnaleźć swoje miejsce w obecnym czasie, abym nie był obojętny na cierpienie ludzi wokół, abym starał się pomagać w miarę swoich sił i możliwości.

Stacja 9. Trzeci upadek

Panie, znowu upadasz. Nie masz już siły by ominąć kolejny kamień. Na drodze słychać dudnienie belki krzyża odbijanej od podłoża, nad którą unosi się chmura pyłu. Z twoich ust wyrywa się cichy jęk. Nie masz już siły, by krzyknąć z bólu. Jakiś żołnierz Cię kopie. Drugi chce Ci pomóc wstać, ale inni mu nie pozwalają. A Ty leżysz nieruchomo w pyle i brudzie, niepodobny do człowieka, cały w zaschniętej krwi i błocie z potu i kurzu.
Panie, był czas, że wątpiłem w Twoje istnienie. Wiara przeszkadzała mi w życiu. Ograniczała moją codzienność, moją wolność, zabierała mi moje życie. Przestałem chodzić do spowiedzi, bo była mi niepotrzebna. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się przed jakimś księdzem z mojego życia. Potem przestałem chodzić na niedzielną mszę. Wreszcie zacząłem szydzić z kościoła, z księży, z obrzędów. Dopiero teraz, w obliczu zagrożenia, gdy panicznie się boję i nie wiem, co robić, przypominam sobie o modlitwie. Proszę Cię o zmiłowanie. Proszę Cię o wybaczenie. Proszę Cię o kolejną szansę. Chcę zaufać Ci na nowo. Pragnę Twojej opieki, Twojego spokoju i Twojej miłości. Razem z Papieżem i całym Kościołem wołam: „Zbudź się Panie!”. A Ty powstajesz po raz trzeci.
Panie, proszę Cię o łaskę bezgranicznego zaufania w Twoje miłosierdzie i w Twoją opiekę nad nami.

Stacja 10. Obnażenie z szat

Panie, doszedłeś w końcu na Golgotę. Żołnierze zdejmują Ci z pleców belkę krzyża. Stoisz z ledwością przed tłumem, zgarbiony, pochylony w bólu i słabości. Trudno Cię poznać. Twarz całkowicie zniekształcona, wykrzywiona w grymasie bólu, bez wyrazu, pełna ogromnego cierpienia. Żołnierze ze śmiechem zrywają z Ciebie ostatnią szatę. Wśród obelg i pogardy stajesz nagi i bezbronny przed tłumem. Na ciele nie masz miejsca niedotkniętego męką i cierpieniem. Odarto Cię ze wszystkiego, co ludzkie.
Panie, czułem się panem świata. Miałem kasę, marzenia, plany. Podróżowałem. Spełniałem swoje wszystkie zachcianki. Nie liczyłem się z nikim i niczym. Moi przyjaciele, kumple byli tylko po to, abym był szczęśliwy, spełniali moje potrzeby uznania, podziwu, chęci posiadania. I nagle wszystko stanęło. Świat się zatrzymał. Kryzys ekonomiczny i finansowy. Zamknięte granice. Brak połączeń lotniczych. Zamknięte sklepy. Kwarantanna. Samotność. Lęk. Wszystko mi odebrano.
Panie, spraw, aby czas epidemii pokazał mi, co jest prawdziwą wartością w moim życiu.

Stacja 11. Przybicie do krzyża

Panie, żołnierze rzucają Cię na krzyż, siłą przytrzymują Twoje ręce i stopy, i z ogromną siłą wbijają w nie wielkie gwoździe. Wokół słychać miarowe uderzenia młota, chrzęst pękających kości i Twój jęk bólu i cierpienia. Wijesz się w męce. A przecież możesz w każdej chwili wstać, możesz przerwać tę mękę… Nie robisz tego. Patrzysz z miłością na każdego z nas, ofiarując Ojcu.
Panie, w moim życiu układało się różnie. Nie miałem za co Ci być wdzięczny. Choroby. Operacje. Niepełnosprawność. Odrzucenie. Samotność. Inni żyli sobie szczęśliwie. A ja? Trudno mi było żyć między szpitalem, a przychodnią, między rehabilitacją a zabiegiem. Byłem zgryźliwy, marudny, męczący dla tych kochanych osób, które się mną opiekowały. Bo byłem zmęczony, samotny, czułem się poszkodowany, gorszy, czułem się ciężarem. Teraz, gdy czytam o chorych na koronawirusa, opuszczonych w szpitalach, pozostawionych na śmierć w swoich domach, odrzuconych z leczenia, bo za starzy, dziękuję za swoje życie, za najbliższych, za to, że mam nadzieję na przyszłość.
Panie, dziękuję Ci za każdy dzień mojego życia i proszę zaopiekuj się tymi, którzy stracili już nadzieję na przyszłość.

Stacja 12. Śmierć Pana Jezusa na krzyżu

Panie, przyszedł w końcu moment, gdy na Golgocie stanął krzyż. Twój krzyż. Na nim Ty. Umęczony. Poniżony. Nagi. Niewyobrażalnie cierpiący. I samotny. Cierpisz okrutnie nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Umierasz w ogromnej męce z ogromnej miłości.
Panie, był moment w moim życiu, gdy byłem na dnie. Na dnie życia. Chciałem umrzeć. Straciłem wszystko. Rodzinę. Przyjaciół. Pieniądze. Dom. Pozostał tylko alkohol, narkotyki, świat przestępczy. Pragnąłem śmierci. Szukałem możliwości samobójstwa. Wtedy ujrzałem Ciebie na krzyżu. A właściwie to Ty spojrzałeś na mnie. Spojrzałeś z tak ogromną miłością, że dałem radę się podnieść. Teraz patrzę na Ciebie wiszącego na krzyżu i proszę, abyś spojrzał z taką samą miłością na wszystkich konających samotnie w szpitalach i domach, aby nie czuli się już samotnie.
Panie, błagam, abyś w Swoim niewyobrażalnym miłosierdziu przyjął dusze wszystkich umierających i przytulił je do siebie. Na zawsze. Jak Dobrego Łotra.

Stacja 13. Zdjęcie z krzyża

Panie, niewielu bliskich stało pod Twoim krzyżem. Nic dziwnego, że czułeś się przeraźliwie samotny. Apostołowie rozpierzchli się tchórzliwie po Jerozolimie, chowając w najciemniejszych szczelinach. Pod krzyżem pozostał jedynie Jan, który podtrzymywał Twoją Matkę. Twoja męka i śmierć są dla Maryi ogromną próbą, ogromnym cierpieniem. Ale Ona trwa przy Tobie, bo bezgranicznie zaufała Bogu. Od początku. A Bóg ofiarowuje Jej ciało Swojego Syna, które Ona utula w swoich ramionach i oblewa swoimi łzami.
Panie, nigdy nie rozumiałem, o co chodzi w tym kościele. Coniedzielne, obowiązkowe msze, na które musiałem uczęszczać przez całe dzieciństwo. Zaliczałem kolejne sakramenty po to, aby jak najszybciej się uwolnić od obowiązkowych nabożeństw. Po bierzmowaniu przestałem uczęszczać do kościoła. Potem tylko ślub kościelny, aby zadowolić rodziców, chrzest dzieci, pierwsze komunie. Teraz, gdy się boję choroby i śmierci, zacząłem prosić Boga o opiekę, o zmiłowanie. I właśnie teraz, gdy poczułem, że Go potrzebuję, zabrano mi możliwość uczestniczenia we mszy. Teraz poczułem tęsknotę za Eucharystią.
Panie, proszę napełnij moje serce otuchą, abym wytrwał w tym czasie próby i prawdziwie zatęsknił za Eucharystią.

Stacja 14. Złożenie do grobu

Panie, w pośpiechu przed zachodem słońca zostajesz pochowany w grobie Józefa z Arymatei. Twoje Ciało zostaje zawinięte w całun i złożone w skalnej grocie. Kobiety w pospiechu nie mogą je namaścić zgodnie z tradycją. Mają tego dokonać po szabacie. Zostajesz zamknięty w zimnym i ciemnym grobie, którego wejście przysłonięto ogromnym głazem. Piłat, bojąc się kradzieży ciała, stawia przed grobem straże.
Panie, ciągle nie miałem dla Ciebie czasu. Praca. Dom. Imprezy. Obowiązki. Wycieczki. Uczestniczyłem co niedzielę w Eucharystii, czasem nawet w tygodniu, ale nic poza tym. Ile razy zapraszałeś mnie na adorację, spotkanie wspólnoty, drogę krzyżową? Zawsze miałem cos ważniejszego do zrobienia. Teraz wszystko przestało być ważne. Nie mam pracy. Nie mam znajomych. Nie mam spotkań. I nawet Ciebie zamknięto na stałe w tabernakulum. Ograniczono uczestnictwo w mszy, odwołano nabożeństwa, zamknięto kościoły na święta. Jakbyś naprawdę umarł. Jakbyś naprawdę został złożony w grobie.
Panie, spraw, abym nie stracił nadziei w Twoje zmartwychwstanie, w to, że przyjdzie chwila, gdy wyjdziesz z grobu, gdy drzwi kościoła zostaną otwarte, a ja ze łzami w oczach uklęknę przed ołtarzem i przyjmę Cię do mojego serca, a moja dusza zaśpiewa z wdzięcznością Te Deum laudamus!

Kościół

Wielki Piątek dwa tysiące lat temu… Jak wyglądał Kościół na Golgocie, gdy Jezus umierał?

Pod krzyżem stała jedynie przestraszona i zrozpaczona garstka kobiet i Jan, być może poproszony przez Matkę Bożą o pomoc i obecność… Nikt więcej. Kościół został rozbity, rozproszony, zdeptany, ukrzyżowany razem z Jezusem. Przerażeni i zagubieni uczniowie chowali się w zakamarkach świętego miasta, gotowi uciekać w razie realnego zagrożenia. Bali się szykan, szyderstw, prześladowań. Piotr, upadły w swoim grzechu, walczył z rozpaczającym sumieniem. A Judasz? Nie wytrzymał ciężaru zdrady. Odszedł w ciemności. Mimo grzechu, upadku, rozpaczy i zagubienia apostołów, Jezus oddał swoje życie na krzyżu, w samotności. Mimo? On umarł, aby zgładzić grzech, aby podnieść z upadku, aby przynieść nadzieję i odnaleźć zagubionych.

Dzisiaj Kościół również został rozbity, rozproszony, zdeptany, przez grzech, słabość swoich uczniów. Każdy z nas czuje się przerażony i zagubiony, mierzy się z wszechogarniającym hejtem, nienawiścią, szykanami. A Jezus? Codziennie oddaje życie za ten grzeszny Kościół, za wszystkich nas. Daje się ukrzyżować w samotności, w nienawiści i opuszczeniu. Trzeba zadać sobie pytanie, gdzie w tym momencie ja jestem. Stoję pod krzyżem? A może uciekam wąskimi ulicami Jerozolimy, lub chowam się w ciemnych kątach miasta? A może rzucam srebrnikami w rozpaczy po swojej zdradzie?

Bóg pozwala się ukrzyżować, aby potem zmartwychwstać. I my powinniśmy być gotowi na ukrzyżowanie, aby później odrodzić się na nowo, aby stanąć potem przed Panem i powiedzieć trzykrotnie z radością i wiarą „Tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Wtedy powstanie nowy odrodzony Kościół, wypełniony żarem, modlitwą i radością, Kościół przygotowany na nową Pięćdziesiątnicę.

Czas odbudowy

Bóg w Wielkim Tygodniu zachęca nas do zatrzymania, do zastanowienia się nad sobą, nad swoimi relacjami, postawami, wyborami, do konfrontacji swojego życia z życiem Jezusa, który staje w obliczu krwawej ofiary, do spojrzenia na postawę apostołów, tych najbliższych Panu, tych wybranych, tych najmilszych przyjaciół. Zdecydowanie najwyrazistszą postacią staje się Judasz ze zdradą, ze srebrnikami za pasem, z pocałunkiem i z przegranym życiem.

Dziś staję obok Judasza, patrzę ze smutkiem w jego zagubienie, w jego rozczarowanie, w jego rozpacz, w jego bezradność… Ile we mnie jest Judaszowej rezygnacji, zdrady? Ile we mnie jest Judaszowego upadku? Ile warta jest moja lojalność wobec Pana, moja wierność i przede wszystkim moja miłość? Może trzydzieści srebrników? A może jeszcze mniej? Czy potrafię prosić Pana o wybaczenie moich zdrad? Czy potrafię z ciężarem swojej słabości pójść z Panem drogą krzyżową i stanąć z Maryją pod krzyżem? Czy potrafię przyznać się do grzechu i złożyć go na Jego świętych ramionach?

Gdy patrzę na zdjęcia zniszczonej katedry Notre Dame, jej wnętrza, widzę swoją duszę: szarą, brudną, w zgliszczach. W centrum krzyż, fundamenty nieruszone, ściany w miarę stabline, a jednak zniszczone, wymagające odbudowy, modernizacji, gruntownego remontu. Stan zniszczeń jest ogromny, trudny do ocenienia dla mnie – laika. Bez pomocy, bez wsparcia nie do ogarnięcia… Stojąc w progu zniszczonej świątyni, mogę rozłożyć ręce i pozwolić, aby całkowicie z czasem uległa zniszczeniu, albo zaprosić do jej wnętrza Zmartwychwstałego, największego budowniczego.

Judasz zburzył swoją świątynię, nie zniósł ogromu jej zniszczeń, przerósł go chaos, przeraziło zniszczenie. Czując ciężar swojej winy w tym nieszczęściu, nie potrafił prosić o pomoc w jej odbudowaniu. Nie zaczekał na Zmartwychwstanie…

Myślę, że każdego z nas poruszyła informacja o pożarze Notre Dame. Ogrom zniszczeń i strat jest niewyobrażalny dla ludzkości. Odbudowa zajmie wiele lat i pochłonie mnóstwo pieniędzy. Przyglądam się dzisiaj fotografii wnętrza zniszczonej katedry i przeraża mnie jej stan po pożarze. Jednak elementem, który najbardziej przyciąga mój wzrok, jest błyszczący krzyż. Krzyż nadziei na odbudowę. Na odbudowę francuskiej świątyni, jak i świątyni mojego serca, które zanoszę z krzyżem na Golgotę, oczekując na Zmartwychwstanie.

Droga krzyżowa codzienności

Droga krzyżowa w Jerozolimie potrafi zaskoczyć swoją zwykłością i rozgardiaszem. Wąskie uliczki wypełnione straganami i przekrzykującymi się sprzedawcami zamykają przestrzeń, sprawiając klaustrofobiczne wrażenie. Mocne zapachy orientalnych przypraw i olejków atakują wrażliwe zmysły. Tłum ludzi przepychający się w jedną i drugą stronę, jakby nie doświadczający niezwykłości miejsca, obija nas o siebie. Niezauważalne bez przewodnika tabliczki z kolejnymi stacjami i maleńkie ukryte w kolorowym gąszczu arabskich sukien kapliczki upamiętniają wydarzenia dnia, w którym Bóg poniósł krzyż na Golgotę. I wreszcie wyłaniająca się zza zakrętu bryła Bazyliki Grobu zaskakuje prostotą kamiennych kształtów. I tu jeszcze większy tłum, jeszcze większy hałas pielgrzymów i turystów przebijających się na Golgotę, czy do samego grobu. Trudno doświadczyć zadumania, kontemplacji, trudno odnaleźć miejsce na chwilę skupienia. Ciekawość, obojętność, przepychanie, aby jak najszybciej dotrzeć do celu.

W ten pamiętny piątek było podobnie. Dwa tysiące lat nie zmieniło człowieka, rozwój cywilizacyjny nie zmienił ludzkości, jej przywar, wad, słabości i grzechów. Umęczony Jezus szedł z belą krzyża w tłumie gapiów, którym zależało jedynie na sensacji, bo oto ten słynny prorok z Galilei został skazany. I po co mu to było? – słychać było zgryźliwe głosy z tłumu. Jedni się śmiali „jaki biedny, a taki był mądry”, inni byli zajęci własnymi sprawami „bo co nas obchodzi jakiś kaznodzieja z Galilei”, jeszcze inni to nawet współczuli z obojętnością „bo cóż właściwie zawinił”, i przechodzili dalej. Byli i tacy, którzy Go popychali, pluli na Niego, oczerniali.

A Jezus? Szedł wytrwale z krzyżem na Golgotę. Upadał i powstawał. A przecież mógł nie wstawać, mógł pozwolić, aby kto inny dźwigał krzyż, a Jego jakoś by dowlekli na miejsce egzekucji. Ale On szedł, pomimo bólu i cierpienia, pomimo zmęczenia i wewnętrznej rozpaczy, mimo wszystko, ponieważ czynił to z miłości. Z miłości powstawał, z miłości pocieszał, z miłości oddał swoje życie. Nie – stracił życie, On je oddał. Oddał za tych, którzy przy Nim byli, za tych, którzy Go zdradzili, za tych, którzy Go osądzili, za tych, którzy Go opuścili, nie zrozumieli, skazali, zmasakrowali, za nas…

Jezus w swojej wolności wziął na ramiona belkę krzyża, aby nas zbawić. My też otrzymaliśmy od Boga wolność. Ogromny dar. Bóg nigdy nam Go nie odebrał i nie odbierze, nie ograniczy. W swojej wolności człowiek może wszystko uczynić, może ułożyć sobie życie, jak tylko zapragnie. Może brać codziennie swój krzyż na ramiona i nieść go z Chrystusem na Golgotę, pomimo tego, że to niezbyt przyjemne, modne, że to trudne, a często nawet przerastające nasze ludzkie siły. Może, nie musi. Może wziąć krzyż i może go zostawić. To znaczy wolność. Dar od Boga. A Jezus w swojej wolności i miłości do człowieka, podnosi każdy porzucony krzyż i zanosi go na Golgotę, aby dać się ponownie przybić do jego drzewa.

U progu Wielkiego Tygodnia pragnę zrobić rachunek sumienia ze swojej codzienności. W cichości sumienia zadaję sobie pytania na temat każdego mijającego dnia. Czy budzę się rano z radością i wdzięcznością za dar życia? Czy potrafię cieszyć się mijającym czasem? Czy podejmuję chętnie codzienne obowiązki i wyzwania? Czy ze spokojem przyjmuję przeciwności? Czy staram się rozwiązywać problemy, a nie od nich uciekać? Czy kocham tych, którzy żyją obok? Czy staram się z uśmiechem i życzliwością podchodzić do spotkanych osób? Czy nie uciekam od swojego powołania i związanych z nim obowiązków? Czy każdego poranka podnoszę swój krzyż, biorę go na ramiona i idę za Jezusem, aby zmniejszyć dźwigany przez Niego ciężar? Czy jestem gotowa, aby stanąć z Nim na Golgocie, aby towarzyszyć Mu w Jego męce i śmierci?

A Ty, czy jesteś gotowy?

 

Ziemia Święta

„Jeśli doświadczasz trudnych chwil, gdy czujesz się całkowicie odłączona od Boga, zdejmij buty. Stoisz na świętej ziemi.” /T.M. Gallagher OMV/

Ziemia Święta. Ziemia starotestamentalnych proroków. Ziemia wymodlona, wyposzczona, wydeptana przez czterdzieści lat na pustyni. Ziemia zlana krwią. Ziemia wielu konfliktów. Ziemia pustynna. Ziemia wybrana przez samego Jahwe. Ziemia Jezusa. Nie można bez emocji przejść po Ziemi Świętej. Nie można przejść obojętnie, w pośpiechu, z przymusu. Nie można przemknąć niepostrzeżenie. Zdejmij buty – mówi Bóg – Stoisz na świętej ziemi. Zdejmij buty ubrudzone szarą codziennością, codziennymi problemami, ubłocone zapomnianym grzechem, umoczone w kałuży rutyny i egoizmu, przykurzone pychą. Stoisz na świętej ziemi.
Nie potrafię bez emocji wrócić do codzienności, pozostawić za sobą wspomnień zielonych wzgórz Galilei, błękitnej tafli Jeziora Genezaret, stąpających majestatycznie wielbłądów po pustynnych wzgórzach i wypełnionej duchowym tchnieniem Jerozolimy. Siedem dni pielgrzymki do Izraela. Siedem dni stąpania po śladach świętości. Siedem dni odkrywania Słowa Bożego. Siedem dni z Jezusem w Jego misji na ziemi. Siedem dni… które teraz wydają mi się niemal wytworem wyobraźni.
Z perspektywy czasu pobyt w Ziemi Świętej powoli się porządkuje w moich wspomnieniach. Pielgrzymka była zbyt intensywna w wydarzenia, przeżycia, aby od razu utworzyć spójny obraz w moich myślach. Każdy mijający dzień oddala ten święty czas, zamazując to, co nieważne, nieistotne, podkreślając to, co warte zapamiętania i powrotu. Powoli zapominam o zmęczeniu, o zimnym deszczu i przemoczonych butach, suszonych hotelową suszarką. Pamiętam jedynie tę wszechogarniającą Świętą Obecność. Obecność , która przenikała każdą myśl, każde westchnienie. Obecność, która była pełna nadziei i niepewności w Nazarecie, delikatna i płacząca w Betlejem, objawiona nad Jordanem i kuszona na pustyni, umęczona na Kalwarii i zwycięska w pustym grobie.
Pielgrzymka do Ziemi Jezusa to najpiękniejsza modlitwa, kontemplacja życia Boga – człowieka, który dla mnie ofiarował Siebie, który przyszedł na świat, aby mnie pokochać, aby przynieść mi nadzieję i pogłębić wiarę. To realne spotkanie z Bogiem, który stał się człowiekiem, z Jego ludzkim obliczem, z Jego codziennością w domu rodzinnym, z Jego przyjaciółmi dziecięcych zabaw, z Jego wędrówką po drogach Galilei i Judei, z Jego ludzką słabością. Ale przede wszystkim to spotkanie z Nim samym. Pan Jezus, przychodząc na świat nie zamknął się w jaskini, w domu. On otworzył Siebie na spotkanie z człowiekiem. Wyszedł do rybaków nad Jeziorem Genezaret, do tłumów na Górze Błogosławieństw, do Zacheusza na Sykomorze, do Łazarza zamkniętego w grobie, do chorych i ułomnych, do opuszczonych i zalęknionych, do grzesznych i odrzuconych przez innych, do nas współczesnych, do mnie.
„Jeśli doświadczasz trudnych chwil, gdy czujesz się całkowicie odłączona od Boga, zdejmij buty. Stoisz na świętej ziemi.” Bóg przyszedł na świat, aby stać się moim towarzyszem życia, otuchą w chwilach trudnych, obecnością w samotności. To właśnie wtedy najłatwiej Go spotkać, właśnie wtedy jest najbliżej. Bóg w swojej miłości, uświęcił moją codzienność, On wszedł w nią w całości i pozostał na zawsze w swoim Ciele i swojej Krwi. I w tej świętej Ziemi, którą przeniknął swoim człowieczeństwem i uświęcił Swoją boskością.

 

Kolejny rok

Stoję u progu Nowego Roku. Jeszcze żyję starymi dniami, chwilami minionych wydarzeń, z zamyśleniem sięgam pamięcią do wcześniejszych miesięcy. Tyle się działo… Tak wiele trudnych i ciężkich dni i nocy, tak wiele radosnych poranków i wieczorów. Zegar jakby szybciej wybijał kolejne godziny, minuty, sekundy. Rok jakby szybciej minął niż wszystkie poprzednie.

Usłyszałam w homilii noworocznej piękne słowa o darowanych mi przez Boga nowych 365 dniach, o dniach, które są wspaniałym prezentem, niezasłużonym, niewypracowanym, a prezentem wypływającym z miłości. Ile chwil z tych ofiarowanych dni poświęcę Panu Bogu? Ile otrzymanego czasu ofiaruję na wspólne spotkania? To Bóg mi daje czas. A ja im lepiej staram się nim zarządzać, tym mam go mniej, im częściej go pilnuję, tym trudniej mi ze wszystkim zdążyć.

Przełom roku to dobry czas na podsumowanie, na rachunek sumienia z minionych dni, tygodni, miesięcy. Warto spojrzeć za siebie z dystansem. Warto poświęcić chwilę na konstruktywną refleksję, na analizę zapisanych kartek kalendarza i również tych niezapisanych, które być może zagubiły się w codzienności i odeszły bez znaczenia do przeszłości. Bilans roku poprzedniego jest przecież bilansem otwarcia nowego czasu. W Nowy Rok wchodzę z całym bagażem doświadczeń, sukcesów i porażek, słabych i mocnych stron. I tylko ode mnie zależy jak spożytkuję otrzymany czas, jak przeżyję ofiarowane dni, co będzie dla mnie priorytetem.

Stoję dzisiaj u progu Nowego Roku i dziękuję Panu Bogu za minione miesiące, za to, że przez cały ten czas prowadził mnie za rękę, mimo tego, iż nieraz z całych sił się wyrywałam, bo chciałam sama, po swojemu… Dziękuję za dar szarej codzienności, w której każdy dzień okazywał się wyjątkowy w swoim istnieniu. Dziękuję za spotkanych ludzi, z których każdy stawał się Bożym darem dla mnie. Dziękuję za przeróżne doświadczenia, które prostowały moją drogę do zbawienia. Dziękuję Bogu, że stał obok mnie, zwłaszcza wtedy, gdy czułam się przeraźliwie samotna i opuszczona. Dziękuję za każdą otrzymaną chwilę, którą odmierzył mi zegar życia.

Przede mną nowy dzień, nowy tydzień, nowy miesiąc, nowy rok. Otrzymałam nowy czas do przeżycia, nowe chwile do wykorzystania. Niech staną się one spotkaniem z  Panem Bogiem. Tego pragnę i tego życzę sobie oraz wszystkim wokół.

 

Mój adwent

Wiele lat temu przeżyłam najpiękniejszy adwent w życiu. Mój niepowtarzalny czas oczekiwania. Wyjątkowy czas. Bez rorat, bez postanowień, bez przygotowań. Prawdziwy czas oczekiwania. Tylko oczekiwania. Z całym koszem niepewności, lęku, zaciekawienia i głębokiej radości. Ze wspaniałym uczuciem nowego życia pod sercem.

Początek tamtego roku przyniósł nam wiele pytań, trochę rozczarowań, nieco wątpliwości. Byliśmy gotowi przyjąć nowe życie, wypełnić nasze małżeństwo łaską rodzicielstwa. Byliśmy otwarci i nieco już zaniepokojeni bezskutecznymi staraniami. Coraz częściej w naszych modlitwach pojawiała się gorąca prośba o dar potomstwa. Coraz częściej przychodziły do nas myśli, a jeśli nie? Każdy miesiąc przynosił coraz intensywniejszy ból rozczarowania.

Nasze starania zbiegły się z chorobą świętego Jana Pawła II. Ze smutkiem w sercu śledziłam przebieg choroby Papieża, Jego cierpienie, Jego walkę o życie, Jego powolne odchodzenie. W całej tej atmosferze smutnego oczekiwania na spodziewany koniec zrodziły się we mnie myśli o tym, że jesteśmy świadkami życia i śmierci świętego. Pamiętałam w modlitwie o Ojcu Świętym, jednak coraz częściej nie modliłam się za Niego, a do Niego. O dar potomstwa. W głębi duszy miałam przeczucie, że ostatnie dni swego życia, Ojciec Święty był coraz bliżej Nieba, stał tuż przy tronie Najwyższego.

O ciąży dowiedziałam się w ostatnim tygodniu życia Ojca Świętego. On powoli odchodził, a pod moim sercem rodziło się życie. Ze łzami w oczach śledziłam wydarzenia w Watykanie. Czułam całą sobą to wielkie misterium odejścia świętego, niemalże dostrzegłam chwilę, gdy Niebo złączyło się z ziemią, gdy życie zmieniło się w wieczność. Moje serce wypełniała wdzięczność za tę świętą posługę Papieża, za ofiarę Jego życia oraz za delikatne, tworzące się życie w moim ciele.

Minęło osiem miesięcy. Przyszedł grudzień. Rozpoczął się adwent. Termin rozwiązania miałam na połowę miesiąca. Z radosnym niepokojem czekałam na chwilę narodzin. Prawdziwy adwent. Duchowo towarzyszyłam młodziutkiej Miriam w drodze do Betlejem, w jej trudzie, lęku, niepokoju, w jej pełnym nadziei oczekiwaniu. To był inny adwent niż wszystkie wcześniej i później. Nie uczestniczyłam w żadnych roratach, nie ubrałam choinki, nie upiekłam pierników, nie posprzątałam zakurzonych kątów. Przebywając długie dni w szpitalu wędrowałam z Maryją do Betlejem. Czułam jej lęk o nienarodzonego, jej zmęczenie przedłużającą się ciążą, ale i jej zaufanie do Boga, że wszystko będzie dobrze.

W noc Bożego Narodzenia nie usiadłam do stołu wigilijnego, bo nadszedł dla mnie czas rozwiązania. Doświadczyłam łaski narodzin pierworodnego w wieczór wigilijny. Do dnia dzisiejszego pamiętam jedynie ogromną radość swoją i całej rodziny, przyjaciół i bliskich. Ogromną radość i przeszywające szczęście. Biorąc po raz pierwszy synka na ręce śpiewałam mu do ucha; „Gdy śliczna panna syna kołysała”.

To była piękna noc. Noc narodzin. Noc szczęścia. Noc radości. Na szpitalnym korytarzu szeptem płożyły się kolędy śpiewane do ucha niemowlętom. Do rana wydzwaniał telefon z gratulacjami, ze wsparciem. Czułam wręcz namacalną obecność bliskich. Byłam otoczona wspaniałą opieką, pomocą. Moje serce wypełniał przedziwny pokój. Pokój głoszony przez świetliste Anioły przy Bożej stajence.

Leżąc w tę piękną noc bożonarodzeniową w szpitalnym łóżku, myślałam o Miriam, która rodziła w ubogiej, zimnej szopie, samotna, bez specjalistycznej opieki, w towarzystwie zwierząt i dymu z ogniska. Myślałam o młodej kobiecie, właściwie dziewczynie, która dała światu Zbawiciela, która bezgranicznie zaufała Bogu i Jemu poświęciła swoje życie, która z cierpliwością i łagodnością znosiła wszelkie przeciwności i niewygody, która z niewyobrażalną ufnością i zawierzeniem swojego życia Bogu, podążała tam, gdzie On chciał przyjść na świat, do brudnej, zimnej, zakurzonej i pełnej zwierząt szopy.

Każdy adwent to dla mnie czas oczekiwania, czas porządków, kalendarzy, dobrych uczynków, postanowień, radosnych rorat, pieczenia pierników i świec na wieńcu. To czas wielkiego zamieszania i przygotowań. Jednak z każdą kolejną świecą, zapalaną na wieńcu, przypominam sobie ten święty czas mojego wyjątkowego adwentu sprzed lat. Czas Bożego Narodzenia w moim sercu. Czas wspólnie przeżyty ze świętą Rodziną. Czas życiowej refleksji. Czas radosnego cudu narodzin. I staram się, choć nie zawsze skutecznie, i pragnę tego z całego serca, aby być gotową na przyjęcie wędrującej Miriam z Józefem do ciepła mojego domu, aby Jezus nie musiał znów rodzić się w zimnej stajence.

www.parafia-cieslin.pl

Czy to mało?

Pragnęłam w życiu czynić wielkie rzeczy, marzyły mi się globalne projekty, pochłaniały mnie ogromne marzenia. Miałam tak wiele planów, pomysłów, ideałów… Świat stał przede mną otworem z perspektywą samorealizacji, satysfakcji i szeregu osiągnięć. Miałam zapał, energię i plany, plany, plany… Młodość 🙂

Z perspektywy lat mój zapał zastąpiło doświadczenie, moją energię – żmudna codzienność, moje plany – wspólne rodzinne zamierzenia. Czy coś straciłam? Czy czuję się niespełniona, nieszczęśliwa? Wręcz przeciwnie. Wraz z małżeństwem zyskałam miłość, oparcie, obecność, wspólnotę. Wraz z macierzyństwem zyskałam radość, cel, spełnienie, rodzinę. Codzienne życie stało się moim globalnym projektem, moją wąską ścieżką do świętości. Świętości mojej i moich najbliższych.

Czy świętość to tylko wielkie projekty wielkich świętych? Jaki mogę mieć wpływ na szerzenie Ewangelii? Co mogę uczynić, aby pomóc we wzroście Kościoła? Życie proponuje różne formy działania, w zależności od posiadanych uzdolnień, charyzmatów. Wokół inicjują się ogromne piękne projekty, szlachetne działania. Potrzebni są ludzie do czynienia dobra właściwie w każdej dziedzinie. Zgodnie ze swymi pragnieniami można dać się pochłonąć wspaniałym ideom, wielkim dziełom, można działać, można pomagać, można ewangelizować.  Wystarczą chęci, czas i pragnienia.

Czasami mam wyrzuty sumienia, że nie działam w wolontariacie, że nie pomagam potrzebującym, że za mało wspieram finansowo instytucje charytatywne, że nie potrafię ewangelizować, że czuję się za słaba, aby tworzyć przestrzeń dobra, aby budować Królestwo Niebieskie. Mam swoją małą przestrzeń, o którą dbam, o którą walczę i którą próbuję uświęcić. Mam swoją rodzinę, swoich przyjaciół i środowisko. Mam swoje problemy, swoich bliskich potrzebujących, swoje życie, które potrzebuje codziennej troski. Czy to mało?

Pan Jezus mówi, że Królestwo Boże jest podobne do ziarnka gorczycy, posianego przez kogoś w ogrodzie. Może wyrosnąć na ogromne drzewo w sprzyjających warunkach. Wystarczy odrobina wysiłku, dbałości. Wystarczy nie pozwolić mu zarosnąć, wystarczy nie pozwolić, by ktoś obcy je wyrwał. Wystarczy się postarać. O resztę zadba Pan Bóg. Nie mamy przecież wpływu na słońce, aby świeciło, ani na deszcz,  aby skropił glebę. To może uczynić tylko Wszechmocny. I tylko Duch Święty może nasiona rozsiać swym podmuchem po całym świecie.

Wcale nie muszę być wielkim aktywnym wszechobecnym i wszechstronnym działaczem kościelnym, aby iść własną ścieżką świętości. Wystarczy, abym zadbała o swoje drzewko gorczycy, aby wyrosło w promieniach łaski Najwyższego. To moje drzewko wpływa przecież na rozwój Królestwa Bożego. Czy to mało?

 

Czy na pewno pragnę spotkania?

Całe życie jest spotkaniem. To spotkania z innymi kreują naszą rzeczywistość, ale i osobowość. To spotkania są sensem naszej szarej codzienności, potrafią pobudzić do działania, dodać otuchy w smutku, czy przynieść chwilę śmiechu i radości. Potrafią też być trudne, pełne wyrzutów i pretensji, smutku i rozpaczy, czy po prostu poczucia zlekceważenia. Jednak człowiek nie jest stworzony do życia w samotności, choć bywają dni, że najchętniej zaszyłby się daleko od społeczeństwa, od problemów, rozterek codzienności. Ale to są tylko przelotne chwile. Bóg nie stworzył tylko Adama, aby wiódł w raju swój pustelniczy żywot. Bóg stworzył ludzi, ze wszystkimi późniejszymi konsekwencjami, stworzył Adama i Ewę, aby wspólnie z Nim tworzyli rzeczywistość.

Życie w rodzinie, społeczeństwie wymaga nieustannej pracy nad sobą, nad relacjami, nad współdziałaniem. Nic nie powstaje z niczego. Aby więzi w rodzinie, w pracy, we wspólnocie były trwałe, pełne miłości, akceptacji i wsparcia, wymagają współpracy wszystkich uczestników, wymagają wyjścia ze swojego egoizmu, poświęcenia osobistego czasu i otwarcia serca. Wyjścia poza strefę komfortu.

Podobnie relacja z Panem Bogiem. Przeczytałam gdzieś w wirtualnej przestrzeni, że aby spotkać Boga, należy wyjść poza swoją strefę komfortu, poza swoją oazę bezpieczeństwa, poza swój wypracowany codzienny schemat. My często w swoim życiu codziennym zabudowujemy się murami ochronnymi, mocnymi, wysokimi, chroniącymi nas przed niespodziewanymi wypadkami, zranieniami, zakłóceniami. Każde wyjście poza strefę ochronną traktujemy jak zagrożenie, zakłócenie spokoju. A przecież spotkanie wymaga jedynie otwarcia furtki.

Pan Bóg idzie z nami przez całe życie. Tylko nie zawsze jest widoczny zza naszego muru ochronnego. Uczniowie idący do Emaus byli tak przestraszeni wydarzeniami mijających dni, że w wędrującym towarzyszu nie dostrzegli swojego Mistrza. Kobiety przy grobie były tak zaaferowane, że nie rozpoznały Zmartwychwstałego. Tylko wyjście poza swoje ograniczenia, swoje nawyki, swoją codzienność otwiera nas na spotkanie. Otwiera furtkę, przez którą możemy zaprosić Boga, lub przez którą możemy wyjść Mu na spotkanie. Wystarczy otworzyć tę furtkę, a ujrzymy Pana, Boga, który cierpliwie czeka, który tęskni i z radością wybiega nam na spotkanie. I kocha nieustającą miłością.

Otwarcie nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza, gdy mur jest zbyt gruby, furtka zbyt mała i zarośnięta chwastem czasu. Trzeba włożyć dużo wysiłku, czasem desperacji, samozaparcia, należy uzbroić się w cierpliwość i wytrwałość. Trzeba pukać, szarpać, nie odpuszczać, aż mury ustąpią, chwasty zostaną wyrwane, a przerdzewiały mechanizm puści pod naciskiem. Naprawdę warto! Nic nie jest wspanialsze niż ramiona tęskniącego Ojca, niż na nowo odkryta miłość Najwyższego, niż wszechogarniająca radość Jego obecności!

A konsekwencją spotkania jest działanie. Galilejscy rybacy, słysząc „Pójdź za mną”, zostawili swoje  sieci, domy, rodziny i poszli za Mistrzem, uczniowie, rozpoznając Jezusa w Emaus, biegiem wrócili do Jerozolimy, kobiety, spotykając Zmartwychwstałego, przybyły do Apostołów, aby zaświadczyć że Pan żyje.

A czy ja jestem gotowa na spotkanie z Panem? Czy tego pragnę, czy do tego dążę? Czy próbuję wyjść poza swoją strefę komfortu? Czy próbuję otworzyć furtkę, zburzyć mur ochronny, odgradzający mnie od Boga? Czy pragnę spotkania ze stęsknionym i czekającym Ojcem? A może boję się podjąć ryzyko spotkania, bo dobrze mi jest w mojej kryjówce, może smutno, samotnie i ciemno, ale bezpiecznie za grubym murem odgradzającym mnie od świata?

A Pan Bóg cierpliwie czeka. Podarował nam wolność i z szacunkiem traktuje naszą ucieczkę, nasz azyl. Ale tęskni, wypatruje i z miłością czeka. Bo miłość cierpliwa jest…

 

Pójdź za mną Szymonie, Jakubie, Janie, Mateuszu…

Jak wyglądało powołanie uczniów? Karty Ewangelii nie wspominają o żadnych castingach przeprowadzanych przez Pana Jezusa. Nie wybierał On swoich uczniów z rzeszy najwspanialszych, najpiękniejszych, najmądrzejszych, najuczciwszych, najwierniejszych i jeszcze innych naj. Nie przebierał w zgłoszonych kandydaturach, analizując psychiczne predyspozycje, czy profile społecznościowe. Nie wypytywał o pochodzenie i prowadzone życie, o postawę moralną, czy poparcie społeczne. On, jakby przypadkiem, przechodząc obok, po prostu wzywał, by pójść za Nim. „Pójdź za Mną” – usłyszeli rybacy na Jeziorem Galilejskim. „Pójdź za Mną” – usłyszał celnik Mateusz. „Pójdź za Mną” – usłyszeli inni zwykli, niespodziewający się zmian, ludzie. To nie byli herosi, ani święci. To byli zwykli ludzie, ze zwyczajnych rodzin, z codziennymi problemami, ludzie, których obciążały przeróżne problemy wyrastające z otaczającego społeczeństwa.

Uczniowie byli tacy, jak ich ojcowie, dziadkowie, kuzyni, sąsiedzi, koledzy. Jedyne, co ich różniło i co mnie w nich zachwyca, co ich wyróżnia, to piękna odpowiedź na zaproszenie Jezusa, to ich gotowość do poświęcenia wszystkiego, do pójścia za tym, któremu uwierzyli. Na pewno mieli mnóstwo wątpliwości, na pewno nieraz pragnęli wrócić w zacisze swoich domów, na pewno tęsknili za bliskimi. Ale poszli za Jezusem. A Jezus ich powoli przemieniał, przygotowywał do zadań, które mieli wypełnić, wspierał ich, nauczał, dodawał otuchy. Można by pomyśleć, że idąc przy Mesjaszu, będą jak On. Nie byli. Byli słabi, grzeszni, wątpiący. Potrafili się kłócić o pierwszeństwo, wyprzeć się Mistrza, zdradzić. Jednak to oni stali się fundamentem powstającego Kościoła.

Dzisiaj Kościół nadal tworzą zwykli ludzie. Jest jakiś Piotr, Mateusz, Jan czy Judasz. Idą za Jezusem w służbie innym. Popełniają błędy, są słabi, mają problemy podobne jak społeczeństwo, w którym żyją. To zwykli ludzie z bagażem swojego życia, wychowani w naszych współczesnych rodzinach. Współcześni kapłani. Ale pamiętajmy, że Kościół także tworzymy my wszyscy. Nagonka na księży, to nagonka na nas wiernych. Zła nie można tolerować, nie można zamiatać pod dywan. Należy z nim walczyć. Tylko, czy tego zła jest aż tyle, ile się o tym mówi w mediach?

Spotkałam w życiu wielu księży, zakonników. Nie wszyscy byli idealni. Nikt nie jest idealny. Nie byli też święci. Nie ma ludzi świętych. Nie każdy się uśmiechał, pocieszał, pomógł. Bywają różne dni, sytuacje, wydarzenia. Ale czy te wszystkie niemiłe, trudne sytuacje miały mi przysłonić tego, który jest dla mnie Najważniejszy? Jezus umarł za mnie i zmartwychwstał dla mnie, nie zważając na wady swoich uczniów. Wybrał ich i umocnił, aby mi o tym opowiedzieli i przypomnieli, gdy sama zapomnę, aby wskazali mi drogę, gdy się zagubię. Dziękuję tym wszystkim kapłanom, których spotkałam w swoim życiu, za to, że, mimo trudności i słabości, starali się iść za Jezusem i próbowali, jak tylko potrafili, trzymać mnie za rękę, abym i ja za Nim podążała.