Powierz Panu swą drogę

Nigdy nie modliłam się o dobrego męża. Nigdy też nie szukałam towarzysza życia. Pociągało mnie życie w samotności. Fascynowała mnie bliskość z Bogiem i służba człowiekowi. Na studiach powoli odkrywałam swoje powołanie do życia kontemplacyjnego. Pragnęłam wstąpić do zakonu. Byłam już zdecydowana na konkretne zgromadzenie. Miałam kontakt z siostrami, spędziłam w klasztorze kilka dni. Miałam przed sobą wizję swojego życia. Byłam szczęśliwa i spokojna, że jest ona zgodna z wolą Pana. Czekałam na ukończenie studiów, aby wkroczyć na ścieżkę  powołania.

Jednakże Pan Bóg ma swój plan, kieruje naszym losem w sobie tylko znanym kierunku. I choć nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć Boskiego działania, to przecież On wie, co jest dla nas najlepsze w danym momencie. Zsyła nam sytuacje, które prowadzą nas do dobrego, wystarczy Mu bezgranicznie zaufać i dać się poprowadzić, choćby to był zwrot o 180 stopni…

Takiego właśnie zwrotu Pan Bóg dokonał w moim życiu w chwili, gdy zdecydowałam o życiu zakonnym, przyjęłam z radością to powołanie po wielu rozterkach i gruntownym rozeznaniu. Postawił przede mną młodego mężczyznę, z którym się zaprzyjaźniłam, a który usilnie chciał rozwijać te kiełkujące uczucie bliskości. Pewna swojej drogi, spotkałam się z nim, aby mu powiedzieć, że nic z naszej znajomości nie wyjdzie, gdyż mam inne plany na życie. Rozmawialiśmy raz. Potem drugi i trzeci. Więź się zacieśniała, przyjaźń pogłębiała, aż przyszło zauroczenie i miłość.

To nie była łatwa decyzja, którą ścieżkę wybrać, w którym kierunku pójść. Wybrałam drogę za Panem. Modliłam się Psalmem 37: „Powierz Panu swą drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał”. Taki też cytat obrałam na dalsze życie, grawerując go na obrączce ślubnej i mówiąc w pełni szczęścia szczere i zdecydowane TAK.

Od naszego „tak” minęło już piętnaście lat. Wspaniałych, pełnych miłości i szczęścia dni. Obchodząc każdą kolejną rocznicę ślubu dziękowałam i dziękuję za obecność mojego męża, za dar moich dzieci, a przede wszystkim za ciche prowadzenie tego, który zawsze Jest. Wspólnie spędzone chwile uczą mnie wciąż na nowo cierpliwości, samozaparcia, poświęcenia, rezygnowania z własnych egoistycznych pragnień i pobudek. Uczą mnie, co to znaczy kochać.

Nigdy nie prosiłam o dobrego męża. Dzisiaj każdego dnia dziękuję za wspaniałego towarzysza życia. Otrzymałam więcej, niż pragnęłam, niż kiedykolwiek byłam sobie w stanie wyobrazić. Jestem wdzięczna za otrzymaną miłość, za każdą przeżytą wspólnie chwilę, za dni pełne radości, jak i za dni wypełnione smutkiem, dziękuję za otrzymaną drogę, którą mogę wędrować razem z osobami, które kocham, z rodziną.

 

 

Chciałam się upewnić, że jesteś

„- Puchatku?

– Tak Prosiaczku?

– Nic – powiedział Prosiaczek, biorąc Puchatka za łapkę.

– Chciałem się tylko upewnić, że jesteś.” /A.A.Milne/

Doświadczyłam w życiu pięknej przyjaźni. Przyjaźni, która dała mi oparcie w najtrudniejszych chwilach. Bez zbędnych słów. Bez niepotrzebnych rad. Bez moralizatorstwa. To niesamowite uczucie, gdy w trudnej chwili, jest osoba, która bez pytania przytuli, milczeniem przyjmie niegotowość do rozmowy. Ta wszystkorozumiejąca obecność, ten z radością poświęcony czas jest bezcennym darem prawdziwej przyjaźni i prawdziwej miłości bliźniego, jest darem, który nie wymaga wdzięczności, a jedynie szczerej wzajemności. Miałam ogromne szczęście doświadczyć tego, co w przyjaźni jest najważniejsze – obecności.

To był piękny słoneczny wrzesień, wspaniały obóz w górach, radość młodości i pierwszej miłości, beztroska studenckich wakacji. Wspaniałe wędrówki przeplatały się z nowymi znajomościami i radością bycia z rówieśnikami, budując niezapomniane wspomnienia w albumie pamięci. Cieszyłam się na spotkanie z moim ukochanym. Miał przyjechać, abyśmy mogli spędzić trochę czasu ze sobą, nacieszyć się ulotnością chwili, z dala od codzienności. Czekałam z niecierpliwością. Z radością go powitałam. Niestety, okazało się, że przyjechał, aby się rozstać.

Trudno opisać boleść utraty bliskiej osoby, uczucie opuszczenia i pustki. Świat jakby przestał istnieć, gwiazdy utraciły swój blask, a słońce swoje ciepło. Życie toczyło się jakby obok, za niewidzialną kurtyną poczucia opuszczenia i niezrozumienia. Zostałam nagle sama, odrzucona i pełna niepotrzebnie wstrzymywanych łez, bez chęci do dzielenia się swym bólem z innymi.

Mój przyjaciel zrozumiał mnie bez słów, był przy mnie w tych trudnych chwilach, zabrał mnie na samotną wędrówkę w wysokie góry, bez żadnych pytań, bez roztrząsania, a dlaczego? jak on tak mógł?, w milczeniu pełnym zrozumienia i wyczuwalnego wsparcia. Po prostu był. Przy mnie. Ze mną.

Ta obecność pokazała mi, że można rozmawiać w milczeniu, a najpiękniejsze pocieszenie to spojrzenie pełne miłości i zrozumienia. W przyjaźni nie potrzeba wielu słów, czasami nie potrzeba ich wcale, aby rozmawiać. Wystarczy jedynie obecność.

Podobnie w przyjaźni z Bogiem. On po prostu jest przy mnie w każdej chwili życia, i w radosnych porankach, i w samotnych wieczorach, i w dniach przepełnionych śmiechem, i w tych zalanych łzami. On wszystko rozumie, nie potrzebuje wielogodzinnych tłumaczeń, dziesiątek słów i wyjaśnień. On zna mnie lepiej niż ja sama. On wie, co ukrywam w najgłębszym zakamarku serca. On wie, co jest dla mnie w danej chwili najlepsze. Prawdziwy przyjaciel.

„- Panie Jezu!

– Słucham?

– Nic – Chciałam się tylko upewnić, że jesteś :)”.

 

 

 

 

Kościół dla mnie, czy ja dla Kościoła?

Tags

W wieku pierwszokomunijnym kojarzyłam Kościół z pachnącymi liliami w wazonie na ołtarzu, z wielobarwnymi promykami słońca załamującymi się w przykurzonych okiennych witrażach, z pełną radości majówką zakończoną wiankiem z żółtego mlecza, z płaczliwym żalem w czasie drogi krzyżowej, z biegami na placu przy salce katechetycznej przed lekcją religii, z księdzem w czarnej sutannie, który był wyrocznią w każdej sprawie i roztaczał wokół siebie aurę szacunku. Potrafił nas ustawić w szeregu i żołnierskim głosem uspokoić rozbrykaną klasę. Wymagał nauki modlitw i katechizmu. Gdy była potrzeba wysłuchał i pocieszył.

Kilka lat później odkryłam, że Kościół to nie tylko świątynia, to nie tylko katecheza, Kościół to ludzie pełni pasji, pociągający za sobą innych, to młodzi pełni energii na rajdach rowerowych, obozach w górach czy nad wodą, to życzliwi pielgrzymi i tych, którzy ich przyjmują, to księża, którzy prowadzą. Miałam to szczęście, że poznałam Kościół piękny, pełen miłości i życzliwości, pełen uśmiechu i radości, Kościół z pieśnią na ustach, żyjący Bożym Słowem i na górskiej skale, i na mazurskiej tafli jeziora, karmiący się Eucharystią i w zabytkowych katedrach, i w opuszczonych kapliczkach, i na polanie pod lasem. Zafascynowałam się tą różnorodnością Kościoła, tym, że odnalazłam w Nim Boga i drugiego człowieka.

Dzisiaj, gdy siedzę w ławce w Kościele, świątynia wydaje mi się mniejsza, może trochę mniej barwna, może bardziej wyciszona. Ludzi jakby mniej, jakby bardziej zabiegani i skupieni na sobie z myślami daleko przy swoich problemach, trochę nieobecni, trochę zagubieni, trochę samotni ze swoimi zmartwieniami, z podwyższoną średnią wieku. Podobnie jak w otaczającym nas świecie wszystko się ciągle zmienia, podobnie i w Kościele wszystko staje się inne, bo Kościół jest taki, jacy tworzący Go wierni. Kościół nie jest samotną wyspą, odciętą od zdobyczy i grzechów współczesności. Kościół jest częścią świata. Jeżeli chcemy, aby był choć trochę inny, jeżeli zależy nam na jego rozwoju, musimy poczuć się odpowiedzialni za zmiany, a nie tylko krytykować, musimy zacząć działać, musimy pozwolić poprowadzić się Duchowi Świętemu.

Kościół to my. Bóg przez wieki chronił Kościół i go prowadził. Pozwólmy Mu, za pośrednictwem Ducha Świętego, działać i dzisiaj, w naszych sercach, w naszym życiu. Pozwólmy Mu się prowadzić, aby prowadził Swój Kościół. Im więcej w Kościele ludzkiego ego, tym Kościół jest bardziej grzeszny, im więcej Boga, tym Kościół jest bardziej święty.

Tajemnica powołania

Każdy na dnie serca skrywa swoją tajemnicę powołania, kiedy wszechpotężny Bóg puka do, często zamkniętego, brudnego i zrozpaczonego, serca. Bóg, który wydaje się zbyt odległy, zbyt wielki, zbyt potężny zniża się do grzesznika i delikatnie puka, otwiera zamknięte i zatwardziałe drzwi, z pokorą zagląda do wnętrza i prosi o nasze życie. Nie przeszkadza Mu brud, Swoją łaską go oczyszcza. Nie przejmuje się strachem, Swoją miłością go przemienia. Nie martwi się bezradnością, Swoją siłą ją ogarnia. Nie brzydzi się grzechem, Swoją łaską go odpuszcza.

Na kartach Ewangelii mamy kilka pięknych powołań, gdy Jezus mówił wprost: „Chodź za mną”. Proste i wymowne zdanie. Oczywiste i przejrzyste. Na tak wspaniałe zaproszenie odpowiedź mogła być tylko jedna, stąd tylu uczniów zgromadziło się wokół Pana. Mężczyźni, jak i kobiety, zostawiali swoje domy, rodziny, aby poznawać naukę Zbawiciela, iść z Nim przez Ziemię Świętą i głosić Dobrą Nowinę. Wypełniali swoje powołanie, takie, jakie przewidział im Bóg.

Spektakularnie został powołany Szaweł. Ten człowiek, wrogo nastawiony do wyznawców Jezusa, został powalony na kolana w swej pysze i zaciekłości przed Zmartwychwstałym, który ukazał mu Prawdę i właściwą drogę. Paweł poszedł za swoim powołaniem, diametralnie zmieniając swoją postawę, mimo swoich drastycznych grzechów i zbrodni. Bóg wybrał Go, oczyścił i dał łaskę przejrzenia, dał łaskę nawrócenia.

Każdy ma swoje powołanie, czy to kapłan, czy zakonnik, czy mąż, czy żona, czy samotna osoba – bez różnicy. Każdego Bóg powołał do Swojego dzieła. Każdego z nas Bóg wybrał, jako osobę niezbędną w Swojej misji – misji zbawienia. Może nie rzucił nas na kolana, może nie oślepił Swym blaskiem, może nie powiedział zdecydowane: „chodź za mną”, to rzadkość. Bóg działa delikatnie. Czasami latami stoi przy zamkniętych drzwiach naszego serca i delikatnie puka. Tak delikatnie, że w zwykłej gonitwie życia jest to niesłyszalne. Czasami przemawia do nas przez wydarzenia życia, przez spotkane osoby, przez piękno przyrody. On przemawia. Ale czy my Go słuchamy?

Aby słuchać, trzeba się wyciszyć i zatrzymać w biegu. Aby słyszeć, należy poświęcić swój czas i uwagę, przestać błyszczeć, zejść na dalszy plan i przestać mówić, dać Bogu przestrzeń. Bóg przemawia w ciszy. W ciszy serca. Dopiero, gdy wypracujemy sobie przestrzeń w naszym sercu, w którym zamieszka Bóg ze swoim słowem i działaniem, możemy usłyszeć Jego głos.

Powołanie, to ścieżka, którą prowadzi nas Bóg. Ścieżka, która często prowadzi w górę, która może być trudna i wymagająca. Ale jest to ścieżka, która prowadzi prosto do szczytu, do wyznaczonego celu, do światła, do Zmartwychwstałego Pana. Bóg wyraźnie wskazuje szczyt, tak aby nie zniknął nam z oczu i czeka tam na nas. W życiu możliwości jest jednak wiele. Można pójść wygodną drogą, szeroką i bez kamieni. Jednakże taka droga nie prowadzi prosto na szczyt, okala górę wokół, jest dłuższa i pełna skrzyżowań, na których można wybrać zły kierunek, nie widząc celu.

To wielka łaska usłyszeć głos Boga. Niewielu Go słyszało, niewielu doświadczyło, niewielu poznało… W gonitwie życia nie zauważamy Jego obecności. A On stoi przy nas. W hałasie smatfonów, seriali, ruchu ulicznego, dyskotek nie słyszymy Jego głosu. A On mówi do nas. W świetle neonów, w blasku fleszy, w betonach miast nie widzimy Jego Osoby. A On wskazuje nam drogę. Warto się zatrzymać choć na chwilę. Warto się wyciszyć. Warto przyklęknąć w mijającym kościele. Warto się chwilę pomodlić. Warto otworzyć Pismo Święte. Może właśnie w tym momencie Bóg do nas mówi… Może właśnie wskazuje nam nasze powołanie, naszą drogę do szczęścia, nasz jedyny i niepowtarzalny szlak prowadzący na szczyt.

Emaus

Bardzo lubię historię uczniów uciekających do Emaus. Wystraszonych, zagubionych, opuszczonych, takich ludzkich i takich współczesnych. Niby wiedzieli, że Jezus zmartwychwstał, bo grób okazał się rankiem pusty, jak doniosły im kobiety, pewnie się domyślali, ze mógł zmartwychwstać, jak zapowiadał wcześniej, ale tak trudno im było w to uwierzyć. „Ich oczy były jakby przesłonięte.” Podobnie my dzisiaj. Mamy wszystko podane na tacy. Wiemy, że Jezus zmartwychwstał, ale czy wierzymy w to? Czy ten miniony święty czas odnowił w nas żywą wiarę w Zmartwychwstanie? Czy nadal przechodzimy obok tej prawdy obojętnie, a może ze strachem, lękiem czy oburzeniem?

Uczniowie żalili się spotkanemu Nieznajomemu, że ich Mistrz, ten Jezus Nazarejczyk, który był dla nich wielkim prorokiem, umarł na krzyżu. Po prostu umarł. „A my się spodziewaliśmy…”. Właśnie. A oni się spodziewali, że pójście za Nim będzie proste, łatwe, przyjemne (skoro to taki wielki i słynny prorok), przyniesie im szczęście i powodzenie, a może bogactwo. A tymczasem wystarczyło, żeby uwięziono Pana i skazano na śmierć, a On nic nie uczynił, nie bronił się, nie wyrwał się z rąk oprawców. A gdzie w tym wszystkim zwycięstwo? A gdzie w tym wszystkim mesjanizm? My dzisiaj często myślimy, że bycie z Jezusem, to gwarancja powodzenia. Wystarczy się pomodlić i wszystkie problemy zostaną usunięte. Jednakże mesjanizm Jezusa, to nie huczne zwycięstwo króla żydowskiego nad rzymskim oprawcą, to nie królestwo bogactwa i władzy. Mesjanizm Jezusa to poniżenie, męka i krzyż, na co zazwyczaj nie chcemy się zgodzić.

Gdy nadszedł wieczór, uczniowie przymusili Nieznajomego, aby z nimi pozostał, aby zjadł z nimi posiłek. I wtedy Go poznali, gdy łamał chleb. Wtedy uwierzyli, że prawdziwie zmartwychwstał. Wtedy „zabrali się i wrócili do Jeruzalem” do pozostałych uczniów, aby z nimi podzielić się wspaniałą wiadomością. Już nie uciekali. Już się nie bali. Spotkanie z Panem dodało im odwagi i wiary. Czy dla nas te minione święta były spotkaniem ze Zmartwychwstałym Panem? Czy wzmocniły naszą wiarę, czy pozwoliły odrzucić lęki i niepewności? A może podobnie, jak wspomniani uczniowie, pełni uczucia zawiedzenia i rozczarowania, odeszliśmy od Zmartwychwstałego? Może uciekliśmy od pustego grobu, szukając innego zwycięstwa? Może w strachu pragnęliśmy ukryć się z dala od wydarzeń? W swym lęku, smutku czy rozczarowaniu nie zapomnijmy jednak, że Jezus nie zostawia swoich uczniów samych, idzie za nimi, choćby znacznie się od Niego oddalili, poucza ich cierpliwie i łamie dla nich chleb. Warto w tym okresie poświątecznym wyczulić się na obecność Zmartwychwstałego i rozpoznać Go na naszej drodze do Emaus. Jeszcze nic straconego, grób pozostał pusty, a Jezus zmartwychwstał!

Mogło być zupełnie inaczej

A mogło być zupełnie inaczej…

Jezus wcale nie musiał zginąć.

Mógł sobie spokojnie nauczać, czynić cuda, uzdrawiać. Ludzie by Go ubóstwiali, czcili, wielbili. Mógłby bez przeszkód głosić Dobrą Nowinę. Zdobyłby uznanie i poważanie. Stałby się popularny i dzięki temu dotarłby do znacznie większej rzeszy odbiorców. Wystarczyłoby, aby przestał mówić, że jest Synem Bożym. Wystarczyłoby, aby  przemilczał Swoje Bóstwo. Wystarczyłoby, aby skłamał. To tylko zwykłe niedomówienie, to tylko nieszkodliwe kłamstwo, bo przecież w dobrej wierze, bo przecież dla dobra innych, bo przecież…

Ile razy w życiu chcemy, jak najlepiej dla siebie, dla innych. Szczerze pragniemy komuś pomóc. Działamy w dobrej intencji. Ale trzeba nagiąć przepisy, odrobinę skłamać, coś zakombinować, aby nasze zamierzenie się powiodło, abyśmy zrealizowali swój cel. Swój cel… A gdzie w tym jest Pan Bóg?

Jezus nie skłamał, nie pomijał niewygodnych tematów, nie obawiał się konsekwencji. Z ufnością wypełniał wolę Ojca, szedł za Jego głosem, nie szukając Swojego celu. I chociaż droga była trudna, i chociaż prowadzila przez upokorzenie, mękę i śmierć, kończąc ziemską działalność, dopiero wlasciwie rozpoczętą, szedł nią do końca.

A przecież mogło nie być męki i śmierci, mogło nie być krzyża i grobu, ale wtedy nie byłoby zmartwychwstania.

I nie byloby zbawienia…

 

Tydzień Wielkiej Miłości

Wyrok zapadł dużo wcześniej, bez sądu, bez procesu, bez świadków. Któż chciałby słuchać tych, którzy zostali uzdrowieni, uwolnieni, czy wskrzeszeni. Jezus był zagrożeniem. Realnym zagrożeniem przed zmianą, przed utratą wpływów. „Jeżeli Go pozostawimy w spokoju, to w końcu wszyscy w Niego uwierzą.” Faryzeusze byli przerażeni, a najlepszą bronią jest atak. Wydali wyrok na Jezusa za Jego plecami, w ciszy Najwyższej Rady, w tajemnicy przed ludem. Tylko Pan wiedział, że nadszedł już czas…

Po wskrzeszeniu Łazarza Jezus oddalił się wraz z uczniami w miejsce ciche i odludne. To były ostatnie chwile spokoju, ostatnie chwile z bliskimi. Tymczasem zbliżało się święto Paschy żydowskiej. Do Jerozolimy przybywały tłumy ludzi. Ludzi, którzy pragnęli poznać Mesjasza. Szukali Go więc wszyscy, dziwiąc się, że nie przybył, aby świętować. Gdy tłum zgromadzony w mieście dowiedział się, że Jezus się zbliża, podniósł gałązki palmowe i z okrzykami na ustach wysławiał Pana, Króla Izraela! Wieść o wskrzeszeniu Łazarza szybko się rozniosła wśród pielgrzymów, stąd piękne uwielbienie wjeżdżającego Pana na osiołku. Tylko faryzeusze szeptali z niechęcią po kątach „Cały świat idzie za Nim”.

Jezus wiedział, że nadeszła Jego godzina. Godzina męki i śmierci. Był człowiekiem. Po ludzku się bał, po ludzku wątpił, po ludzku płakał. Jako Bóg był świadomy konieczności poświęcenia Swojego życia. Z Miłości. Jaka to Miłość, która Boga kładzie jak baranka na ofiarę? Miłość niezrozumiała, Miłość nieodgadnięta. Miłość wszechogarniająca. Najpotężniejsze uczucie na świecie. Teraz każdy krok Pana stał się wyrazem tej Miłości, każde Jego słowo uczyło, jak kochać, jak żyć. Uczniowie jeszcze niewiele rozumieli, nie wierzyli, że ich Panu może się coś stać. Chcieli Go bronić swoim życiem, chcieli Go osłaniać swoją piersią. Odważni i waleczni. Do czasu. W chwili zagrożenia po ludzku się wystraszyli, zwątpili i zaprzeczyli. Jednakże potem po ludzku wrócili ze skruchą.

Dni przed świętem Paschy były czasem przygotowania. Przygotowania ludzi do święta. Przygotowania uczniów do nadchodzących wydarzeń. Przygotowania Jezusa do Ofiary. Jezus nie rozpaczał nad Swym losem. On dziękował Ojcu za Swoje życie, za Swoją Ofiarę. Przekazał apostołom Sakrament Eucharystii – Swoje Ciało i Swoją Krew, w miłości i jedności. Jedynie Judasz „po spożyciu chleba natychmiast wyszedł. A była noc.” Noc zdrady. Noc przeznaczenia. Noc pojmania. Noc niesprawiedliwego sądu.

Od tej chwili wydarzenia biegły zatrważająco szybko. Judasz zdradził Jezusa pocałunkiem wartym trzydzieści srebrników. Sprzedał Pana strażnikom żydowskim, którzy pojmali Go i zaprowadzili do Annasza, Kajfasza i Piłata. Faryzeusze wyrok już mieli wydany kilka dni wcześniej. Piłat, nie chcąc się narażać, umył ręce i oddał Jezusa Żydom. Tłum uwolnił Barabasza, skazując tym samym Jezusa na śmierć. Nie wystarczyło ubiczowania więźnia, nie wystarczyło ukoronowanie cierniem, nie wystarczyło publiczne upokorzenie. Musiała być droga krzyżowa, musiała być Golgota, musiał być krzyż. Musiała być okrutna śmierć.

Musiała być śmierć, aby było Zmartwychwstanie. Musiało być złożenie do grobu, aby grób pozostał pusty. Musiała być męka, aby było zbawienie.

Przed nami Wielki Tydzień. Daj mi Panie w tym świętym czasie spróbować poznać tę  Miłość, bez której nie byłoby Zmartwychwstania. Daj mi pójść drogą tej Miłości, drogą krzyżową i drogą zbawienia. Przed nami najświętsze dni: Tydzień Wielkiej Miłości!

Wiatr wieje, tam gdzie chce

Tags

Z Janem Pawłem II spędziłam całe dzieciństwo. Śledziłam jego pielgrzymki. Chłonęłam jego energię. Obserwowałam jego cierpienie. Płakałam, gdy odszedł do domu Ojca. Był mi bliski w swojej obecności, choć często mało zrozumiały w swoim wybitnym teologicznym pojmowaniu życia.

Benedykt XVI ujmował mnie natomiast swoją powagą i spokojem, swym autorytetem i swoją mądrością. Jego konserwatyzm wskazywał mi właściwy kierunek i cel. Zaskoczył mnie swą nagłą decyzją i zaimponował odwagą, właściwą tym, którzy wiedzą, co czynią, którymi kieruje sam Pan Bóg.

A Pan Bóg bardzo lubi zaskakiwać. Po wybitnych teologach przyszedł czas Franciszka. Jak po wybitnych Ojcach Kościoła nastała era Franciszka z Asyżu, który swoją prostotą docierał do ludzi, tak też po wielkich Papieżach, nadszedł czas Papieża Franciszka, niezwykle otwartego na ludzi, bliskiego każdemu cierpiącemu i uniżonego w służbie bliźnim, dzisiaj niemodnego i archaicznego.

Współczesny świat zmienia się w zastraszającym tempie. Nawet czas, niezmienny od wieków, płynie znacznie szybciej. Natłok informacji zasypuje ludzkie umysły i niepokoi serca. Konsumpcjonizm wymazał wrażliwość i ośmieszył służbę. Odebrał cel, jakim jest zbawienie, wskazując na egoistyczne zaspokajanie swych potrzeb i zachcianek. Człowiek stał się bogiem, panem życia i śmierci, dla którego liczy się tylko pieniądz i przyjemność.

W takiej rzeczywistości Bóg powołał Papieża Franciszka, aby swoją osobą podtrzymał chwiejący się mur Kościoła, aby go na nowo wzmocnił swą postawą. Postawą pełną pokory, prostoty, służby i współodczuwania ludzkich problemów. Postawą pozbawioną egoizmu i wyniosłości.

Papież Franciszek jest mi bardzo bliski. Cenię go przede wszystkim za uproszczenie teologii, za łatwe w zrozumieniu prawdy wiary, za przybliżenie prawdziwego sacrum, za uświęcenie szarej codzienności. Cieszę się, że Ojciec Święty narobił rabanu i podnosi z kanap rzeszę młodzieży. Podziwiam go za to, że, mimo swego wieku, z młodzieńczym zapałem, prowadzi młodych ludzi suchą stopą przez morze wszechobecnego konsumpcjonizmu i cywilizacji śmierci. Kocham Franciszka za jego serdeczny optymizm i radość, za jego niezwykłą bliskość.

Światu w dniu dzisiejszym nie potrzeba trudnych dysput teologicznych, świat domaga się prostego przekazu wiary i przykładu pokornego życia, a w te wymagania trafnie wpisuje się Papież Franciszek. I choć każdy z nas ma swoją wizję świata, to tylko Najwyższy wie, co światu jest w danej chwili niezbędne. I dlatego daje nam, daje mi, Franciszka. Dziękuję.

„Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.”

Nieodgadniona tajemnica

Tags

Sakrament pokuty pozostaje dla mnie wielką tajemnicą. Tajemnicą spotkania wspaniałego Boga i grzesznego człowieka. Boga, który cierpliwie czeka i człowieka, który wiecznie przed Nim ucieka. Boga, który słucha ze zrozumieniem i człowieka, który ciągle się powtarza w czynieniu zła. Boga, który otwiera ramiona i człowieka, który pragnie, choć boi się, miłości. Nieodgadniona tajemnica. Tajemnica, która sprawia, że za każdym razem staję się lepsza.

Sama spowiedź rodzi we mnie strach, lęk i wstyd. Strach przed przyznaniem się do grzechu, słabości, ukazania siebie prawdziwego, bez maski codzienności. Lęk przed otwarciem się przed drugą osobą. Wstyd za brud i bałagan w mojej duszy. Pamiętam wiele spowiedzi w swoim życiu, spowiedzi uwalniających, spowiedzi prowadzących, spowiedzi przynoszących radość i pokój, ale i spowiedzi całkowicie obojętnych, spowiedzi rozdrażniających, spowiedzi ze znakiem zapytania. Po odejściu od konfesjonału nie zawsze czułam się uwolniona i radosna, ale przecież nie o to chodzi w sakramencie pokuty. Każde spotkanie z Panem przynosi to, co jest nam akurat potrzebne. Nie zawsze potrafimy odczytać intencji Najwyższego, czy odszukać sensu w danym momencie, jednakże z perspektywy czasu zauważamy niezwykle przemyślany splot wydarzeń w naszym życiu i punkty, w których zadziałał bezpośrednio Bóg, w których wskazał nam palcem, gdzie iść lub powiedział, co robić.

Pamiętam jedną istotną dla mnie spowiedź, co ważne: bardzo spontaniczną i bez przygotowania. Impuls, lub inaczej kuksaniec od Pana Boga, nakazał mi wstać z ławki i podejść do konfesjonału, mimo nieprzygotowania i pomimo tego, iż właśnie rozpoczynała się Eucharystia. Od dziecka byłam nauczona, że do spowiedzi trzeba się gruntownie przygotować: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy. Nie lubiłam też spowiadać się w czasie mszy świętej, aby nie tracić piękna liturgii. A tu nagle popatrzyłam na konfesjonał, wstałam z ławki, przecisnęłam się przez ludzi i uklękłam z pustką w głowie, prosząc o rozgrzeszenie! Zupełnie nie pamiętam słów, które wtedy padły. Nie pamiętam też żadnych wrażeń, czy odczuć. Spowiedź trwała bardzo krótko. Taka najzwyklejsza spowiedź.

Jednak żadne spotkanie z Panem nie jest zwykłe. Wtedy, w tamtym konfesjonale, powstała rysa w murze, którym obudowałam swoje serce, rysa, która z czasem zaczęła się powiększać, łamiąc mury i budząc mnie ponownie do życia. Powoli Bóg odkopywał drogę do mojego zabarykadowanego serca, zaczął uwrażliwiać mnie na swoje działanie i swoją wszechobecność. Właśnie wtedy Pan wskazał mi zagubiony w przeszłości szlak.

Sakrament pokuty pozostaje dla mnie ciągle wielką tajemnicą. Ale chociaż boję się wyznania swoich słabości i wstydzę się swoich powtarzających się grzechów, to jednak wiem, że idę na spotkanie z miłującym i przebaczającym Panem, Panem siedzącym w cieniu drzewa oliwnego, wyciągającym ramiona i mówiącym do zatroskanych uczniów: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”.

Determinacja

Za Jezusem szły tłumy. Ludzie przeciskali się, chcąc usłyszeć Proroka, stanąć przy Nim, doświadczyć Jego łaski, uzdrowienia i pocieszenia. Pragnęli dotknąć niezwykłości Jego czynów, Jego wszechogarniającego spokoju i życiowej mądrości. Chcieli oderwać się od swoich problemów i poznać Tego, który przybył, aby ich zbawić. Napierali na Niego swoją tęsknotą za Miłosierdziem.

Część ludzi z zapałem chłonęła piękne słowa o Bogu Ojcu, który jest w niebie, słuchała krótkich życiowych przypowieści, dzieliła się swym trudem z innymi, pomagając sobie wzajemnie, tworząc prawdziwą wspólnotę przy Mesjaszu.

Inni chcieli poznać Jezusa. Coś o Nim słyszeli, dziwili się Jego cudami, nie wiedzieli, co o Nim myśleć. Szli za Nim z ciekawości, trzymali się na dystans, słuchali, lecz nie zawsze rozumieli. Wahali się, czy iść dalej, czy jednak nie trudzić się i wracać do domów.

Jeszcze inni szli w tłumie, aby się zabawić, porozmawiać, poznać nowych ludzi, może zobaczyć coś ciekawego, może uciec od codziennej prozy życia. W końcu działo się coś osobliwego. A Jezus był dla nich odległy, obojętny. Najważniejsze w Nim było tylko to, że przyciągał tłumy.

Jak w każdym tłumie znaleźli się też tacy, którzy na tych wydarzeniach chcieli zarobić oraz tacy, którym nauczanie Proroka przeszkadzało, którzy chcieli Go skrzywdzić, oczernić i pozbyć się Go.

Jak w życiu. Jak współcześnie.

Gdyby Jezus przyszedł na świat dzisiaj, podobnie skupiłby wokół siebie tłumy, choć pewnie znacznie większe. Oprócz rzeczywistego kontaktu, życiem Mesjasza żyłyby media. Jego głos dotarłby na krańce świata w jednej chwili, przez kliknięcie. Tłumy internautów skupiłyby się wokół Jego osoby, przesyłając Jego naukę w świat, zachwycając się Nim, jak i hejtując.

Zadałam sobie pytanie: w którym miejscu tłumu znalazłabym się, gdyby Jezus dzisiaj nauczał? Czy poszłabym ślepo za Nim z odwagą świadcząc o Prawdzie, którą głosi? Czy może z dystansem obserwowałabym Jego działalność, zaspokajając swoją ciekawość i znudzenie codziennością. A może próbowałabym przeszkodzić Jego misji, oczerniając Go, krytykując, rzucając bezpodstawne oskarżenia, czy zarzucając kłamstwo?

Ewangelista Łukasz wyróżnia w tłumie pewną kobietę, od lat cierpiącą na krwotok, schorowaną, umęczoną, ale niezwykle zdeterminowaną. Mimo, iż nie powinna wchodzić w tłum, mimo, iż nie może dotykać ludzi, to jednak z ogromną wiarą łamie obowiązujące zasady, narażając się społeczeństwu, wchodzi w tłum, przeciska się do Jezusa, chwyta Jego szatę i … zostaje uzdrowiona, tak przez przypadek, bez wiedzy i woli Pana. Jezus jest zaskoczony, szuka tego, kto dotknął Jego szaty, kto sam skorzystał z Jego mocy. Szuka tej przestraszonej kobiety, aby podkreślić, że to jej wiara ją uzdrowiła. Wskazuje na jej postawę, postawę niezłomnej wiary pełnej zaborczości i determinacji, takiej, jaką wykazują się często święci, z uporem wypraszając łask dla świata.

Gdyby Jezus dzisiaj nauczał, chciałabym mieć choć krztynę wiary tej bezimiennej kobiety, która z niezwykłą odwagą zagarnęła Boże uzdrowienie. Chciałabym mieć jej determinację i zaparcie, aby przeciskać się do Jezusa, mimo przeciwności, jakie stają mi na drodze, łamiąc ludzkie bariery i konwenanse. Chciałabym mieć jej odwagę, aby nie przejmować się tłumem wokół, który odtrąca, przeszkadza i zatrzymuje w dojściu do celu. Chciałabym mieć jej skuteczność, aby bez zastanowienia chwycić się Pana, aby wyrwać Mu Jego uzdrowienie.

Ale przecież Jezus dzisiaj naucza. Od wieków idą za Nim tłumy. Wystarczy dołączyć się do Niego, wmieszać się w tłum i z wiarą przeciskać się do Niego, aby dotknąć Jego szaty.

 

Przejdź do paska narzędzi