Wystarczy zapragnąć

Patrzę na rozpostarte we krwi ramiona, ocierające się o surowe drzewo,

widzę pustkę w moim egoistycznym sercu.

Słucham umęczonego „pragnę” wyszeptanego w wielkim bólu,

słyszę moją obojętność i harmider nieuporządkowanych myśli.

Stoję przed wielkim cierpieniem miłości,

odwrócona tyłem w swoim zamknięciu.

Robię krok i oddalam się, idąc do przodu.

Schodzę z Golgoty w głąb mojej wolności.

Coraz wolniej. I wolniej. Jakby czekając na zawrócenie.

 

A czas płynie. Śmierć przynosi ulgę umęczonemu ciału,

które z miłości wkrótce powstanie.

Beze mnie.

 

Panie, w Twej miłości,

daj mi dotrzeć do pustego grobu, aby chociaż zatęsknić,

aby chociaż zapragnąć zobaczyć, usłyszeć lub poczuć.

I powstać z uśpienia, aby odnaleźć.

 

Wystarczy przecież zapragnąć, a Jesteś.

 

 

Szyba

Czasami uciekam,

przed sobą, przed Tobą,

przed nowym, przed powtórką wczoraj,

przed smutkiem, przed radością serca,

przed towarzystwem, przed samotnością,

przed życiem w kamuflażu.

Uciekam przed siebie, w dal, po horyzont,

biegiem, byle szybko,

by nikt nie zauważył.

Mijam piękno lasu i zapach łąki,

opuszczam tych, których kocham i tych którzy mnie kochają,

znikam z codzienności,

opuszczam obowiązki.

By ukryć się w samotności, gdzieś na końcu świata,

w ciszy i pustce,

gdzie nie dociera śpiew skowronka i zapach skoszonego siana,

a promienie słońca zanikają w pustce ciemności.

Aby patrzeć za siebie przez szybę odległości

i przyklejać dłonie do zimnego szkła przymglonego ciepłym oddechem.

I tęsknię

za życiem,

za Tobą.

Maj

Łąki umajone, piękne, kolorowe,

soczyście zielone,

żółte od grubych główek mleczy, które po chwili fruną leciuchno do nieba,

pachnące miodowym rzepakiem piękniejszym niż galerie,

usypiające wonią barwnego przydrożnego kwiatu bzu,

brzmiące serenadą ptaków jak w operze mediolańskiej,

oprószone brzęczeniem pracowitej pszczoły,

niczym w niebiańskim pałacu o błękitnym sklepieniu,

pałacu najpiękniejszej Królowej.

 

Królowo umajona pięknem Polskiej wiosny

módl się za nami!

 

Droga

Pochylam się nad Twoją drogą,

pełną pyłu, potu i zmęczenia,

skropioną kroplami brudnoczerwonej krwi,

zdeptaną ciężkimi spuchniętymi stopami,

spaloną żarem południowego słońca,

wysłaną niemożliwym do przeżycia bólem.

Klęczę za Tobą z ustami na Twoich śladach,

nie mogąc nadążyć ze swoim życiem.

Wiatr codzienności zaciera ślady.

Na ziemi pozostaje jedynie mocna linia

po dźwiganej belce krzyża,

niemalże ciągniętej przez wycieńczone Boskie Ciało.

Mój drogowskaz.

 

Adoracja

Gdy klęczę przed Tobą,

ukrytym w białym chlebie,

błyszczącym złotą szatą za mglistym tchem kadzidła,

wyciszam się Twoją obecnością,

zachwycam się Twoim niebiańskim spojrzeniem,

wczuwam się w Twoją misternie ukrytą postać,

wsłuchuję się w niesłyszany dźwięk Twoich słów.

Wiem, że Jesteś.

Wierzę, że kochasz.

Ufam, że nie opuścisz.

Mimo, że niesforne spojrzenia skaczą po złoconych kamiennych figurkach Twoich świętych,

a człowiecze myśli odlatują w codzienne zamieszania i problemy.

Mimo, że opuszczam spojrzenie ku przeżytym chwilom i mijanym twarzom,

i słyszę dźwięki ostatnich przebytych rozmów.

Mimo, że martwię się kolejnym zabieganym tygodniem

i myślę o nadchodzących spotkaniach, wizytach u lekarza, trudnych sprawach.

Mimo, że jestem, choć jakby mnie nie było.

Ty stoisz przede mną i wyciągasz ku mnie ramiona.

Chcesz przytulić.

Przygarnąć do Swego serca.

Dotknąć mojego życia.

Muszę tylko spojrzeć przez misternie budowany mur z cegieł codzienności

zanim będzie wyższy od Ciebie.

I wyciągnąć dłoń.

 

 

 

Codzienność

Stoję w tłumie.

Niezauważona. Niebarwna. Niejaskrawa.

Jak szara masa.

Przesuwam się ślimaczo do przodu,

jak leniwy prąd w rzece życia.

Wymuszony sytuacją.

Od źródła, które gdzieś pozostało daleko.

Poza mną. Poza pamięcią.

Do celu, który też jest niejasny.

Jakby za mgłą. Jakby poza horyzontem.

Bywają chwile, gdy porywa mnie wir rzeczny i zakłóca tę monotonię.

Budzą się wątpliwości. Z letargu myśli.

Dokąd zmierzam? Czego pragnę?

Może jednak lepiej wyjść z tłumu

i pójść własnym nurtem, aby się nie zagubić.

Poczuć moc światła i wielobarwność życia.

Może nawet lepiej byłoby pokłócić się o pierwszeństwo u celu,

niczym Apostołowie.

I zostać pouczonym.

Przynajmniej ważny stanie się cel i jasne pragnienia.

Białe stanie się białe, a czarne – czarne, a nie szare.

Cytat

***

„Chrystus nie mówi, by nie mieć nieprzyjaciół, ale by miłować tych, których się ma.”

/Józef Puciłowski OP/

Najświętszy czas

Czy pamiętam, jak to było?

Oczekiwanie. Niepewność. Niepokój.

W szpitalu. Dwa tygodnie po terminie.

Kroplówki. Zmęczenie.

Przez cały adwent.

Prawdziwy czas oczekiwania.

I wreszcie ten dzień. Wielki dzień.

Dzień radości.

Trochę strachu, bo coś nowego.

Trochę niepewności, bo to pierwsze dziecko.

Trochę łez, bo wzruszenie…

„Ma Pani syna”.

W dzień Wigilii.

Nie szkodziło, że święta w szpitalu.

Nie przeszkadzało, że z dala od domu.

Nie brakowało choinki i grzybowej czy karpia.

Bo był on. Maleńki, bezbronny i delikatny.

Zapłakany i z ufnością wtulony w moje ramiona.

A w mojej duszy brzmiał chór kolęd o Dziecięciu i Jego Matce.

Boże Narodzenie.

 

Szopka

Gdy czekam na Twe narodzenie,

myślę o szopce, do której przybędziesz,

czy wygodna, posprzątana,

czy ciepła,

czy znajdzie się tam miejsce dla rodzącej,

czy odłoży ktoś choć trochę świeżego siana do żłóbka.

 

A przecież w szopce nigdy nie ma idealnego porządku,

zawsze się zakurzy z pola,

czy nabrudzą zwierzęta.

 

Tobie to jednak nie przeszkadza.

Przychodzisz.

Rodzisz się wbrew okolicznościom.

Pojawiasz się mimo brudu.

Rozświetlasz wszystko swoim światłem.

 

Stajesz się najpiękniejszym darem dla mojej zbrudzonej duszy.

Więc czekam…

Przejdź do paska narzędzi