Codzienność

Stoję w tłumie.

Niezauważona. Niebarwna. Niejaskrawa.

Jak szara masa.

Przesuwam się ślimaczo do przodu,

jak leniwy prąd w rzece życia.

Wymuszony sytuacją.

Od źródła, które gdzieś pozostało daleko.

Poza mną. Poza pamięcią.

Do celu, który też jest niejasny.

Jakby za mgłą. Jakby poza horyzontem.

Bywają chwile, gdy porywa mnie wir rzeczny i zakłóca tę monotonię.

Budzą się wątpliwości. Z letargu myśli.

Dokąd zmierzam? Czego pragnę?

Może jednak lepiej wyjść z tłumu

i pójść własnym nurtem, aby się nie zagubić.

Poczuć moc światła i wielobarwność życia.

Może nawet lepiej byłoby pokłócić się o pierwszeństwo u celu,

niczym Apostołowie.

I zostać pouczonym.

Przynajmniej ważny stanie się cel i jasne pragnienia.

Białe stanie się białe, a czarne – czarne, a nie szare.

Cytat

***

„Chrystus nie mówi, by nie mieć nieprzyjaciół, ale by miłować tych, których się ma.”

/Józef Puciłowski OP/

Najświętszy czas

Czy pamiętam, jak to było?

Oczekiwanie. Niepewność. Niepokój.

W szpitalu. Dwa tygodnie po terminie.

Kroplówki. Zmęczenie.

Przez cały adwent.

Prawdziwy czas oczekiwania.

I wreszcie ten dzień. Wielki dzień.

Dzień radości.

Trochę strachu, bo coś nowego.

Trochę niepewności, bo to pierwsze dziecko.

Trochę łez, bo wzruszenie…

„Ma Pani syna”.

W dzień Wigilii.

Nie szkodziło, że święta w szpitalu.

Nie przeszkadzało, że z dala od domu.

Nie brakowało choinki i grzybowej czy karpia.

Bo był on. Maleńki, bezbronny i delikatny.

Zapłakany i z ufnością wtulony w moje ramiona.

A w mojej duszy brzmiał chór kolęd o Dziecięciu i Jego Matce.

Boże Narodzenie.

 

Szopka

Gdy czekam na Twe narodzenie,

myślę o szopce, do której przybędziesz,

czy wygodna, posprzątana,

czy ciepła,

czy znajdzie się tam miejsce dla rodzącej,

czy odłoży ktoś choć trochę świeżego siana do żłóbka.

 

A przecież w szopce nigdy nie ma idealnego porządku,

zawsze się zakurzy z pola,

czy nabrudzą zwierzęta.

 

Tobie to jednak nie przeszkadza.

Przychodzisz.

Rodzisz się wbrew okolicznościom.

Pojawiasz się mimo brudu.

Rozświetlasz wszystko swoim światłem.

 

Stajesz się najpiękniejszym darem dla mojej zbrudzonej duszy.

Więc czekam…

Powrót

Zawsze myślałam,

że jestem starszym synem z przypowieści,

tym poukładanym, skorym i chętnym do służby Ojcu,

wypełniającym Jego polecenia i obecnym przy Nim przez całe życie.

Okazało się to złudzeniem, zaślepieniem,

ciemnością, tak wielką, że nie widać, jak bardzo się oddaliłam.

Przez pychę udawanej pobożności,

odeszłam.

A teraz leżę poobijana, poraniona, gdzieś na końcu świata,

gdzie nawet nie istnieją dobrzy samarytanie

i nie wiem, jak wrócić.

Dobrze, że Pasterz zawsze szuka zaginionej owcy, choćby jednej z setki.

Zatem z nadzieją czekam.

I proszę, i błagam

przyjdź po mnie,

pochyl się nade mną,

otrzyj z brudu,

opatrz rany,

podnieś mnie

i przytul.

Burza

Siedzę w bezpiecznej łodzi. Spokojnie. Radośnie. Z przyjaciółmi.

Wiem, że Pan do nas dołączy. Przyjdzie już za chwilę, jak zapowiedział.

Piękno zachodzącego słońca i cichy szum wody otulają błogością i szczęściem moje serce.

 

Zapada zmrok.

Szum wiatru jest coraz mocniejszy. Ciężkie chmury pędem zajmują widnokrąg, zagarniając łąkę gwiazd z pasterzem księżycem.

Moja ostoja bezpieczeństwa zaczyna się miotać między falami,

a pokład zalewa wodospad zimnego spienionego i mokrego lęku.

Ciemność i strach…

 

I nagle za burtą pojawia się On – Pan – jasny, ciepły, pełen spokoju.

I macha do mnie ręką. Woła? Pozdrawia?

Co mam robić?

Najprościej jest zawołać z tęsknotą, bojaźnią, w potrzebie: „Przyjdź Panie Jezu!”.

A może wyjść za Piotrem i w głębi wiary kroczyć po jeziorze? Tylko czy wytrwam i nie zwątpię?

A może, mimo braku wiary, po prostu rzucić się w zburzone fale i spróbować podpłynąć do Jezusa, wyciągnąć rękę i prosić o ratunek?

A może spokojnie poczekać, skuliwszy się na dnie łodzi? Przecież Jezus i tak przyjdzie… Obiecał…

A może odgrażać Panu, że się boję, że moknę, a On nic nie robi…

 

Panie, daj mi wiarę Piotra, która mimo zwątpienia jest prawdziwa.

 

 

Pudełko zapałek

Ciemna noc.

Samotnie patrzę przed siebie, nie widząc światła.

Nawet księżyc, choć w pełni, zaszedł mgłą smutku.

A gwiazdy spadły na granatową zasłonę w pokoju dziecinnym.

Trudno odróżnić kształty otaczającej rzeczywistości.

Wzrok nie jest w stanie przeniknąć najbliższej przestrzeni.

Tylko wspomnienia dnia prowadzą do przodu.

Omijają przeszkody.

Ręka namacalnie szuka zapałek.

W duszy lęk, bojaźń, rozgardiasz.

Potykam się o dywan, o porzuconą lalkę.

Im szerzej otwieram oczy, tym większa czerń wnika w serce.

A cisza samotności szumi w uszach swym bez-dźwiękiem.

 

Opuściłeś mnie Panie! – rozpaczliwie wołam wymownym milczeniem.

Tęsknię za Twoim światłem i ciepłem Twojej obecności.

Po omacku Cię szukam.

I płaczę bez-łzawym szlochem porzucenia,

obijając się o zagubione sprzęty codzienności.

 

Bezwiednie się miotam w czasoprzestrzeni,

a Ty stoisz tuż przy mnie.

I podajesz mi pudełko zapałek.

Tylko ja w swym zagubieniu i lęku, nerwowo machając rękami w ciemności,

nie potrafię odnaleźć Twej wyciągniętej dłoni.

 

107568_pudelko-zapalek-draska-ogen-dlon

 

 

 

Marta

Zabiegana. Zmęczona. Zatroskana.

Z planem organizacyjnym na najbliższe godziny, dni, tygodnie, lata.

Wszędzie obecna. W domu. W pracy. W szkole.

Zatłoczony kalendarz. Zebranie. Wizyta u lekarza. Spotkanie z klientem. Wywiadówka.

Nieskończenie wiele zajęć. I za krótki dzień.

Urywana noc. Dziecięce lęki. Prasowanie. Obiad na następny dzień.

Nawet w lustrze odbicie znika w biegu. Niewidoczne.

 

Marta.

Zgorzkniała natłokiem obowiązków.

Samotna w przyziemnych staraniach.

Upomniana, że to za mało.

Mimo, że daje całą siebie bez krzty egoizmu.

Wypełniona żalem przemęczenia i niedocenionej ofiary.

 

Marto, Marto

zwolnij, jeżeli potrafisz.

Odetchnij podmuchem wolności.

Wyrwij się z więzienia obowiązków.

Zauważ śmiech swojego dziecka, szczekanie psa, czy świergot ptaków.

Usiądź na chwilę. Spróbuj gorącej kawy.

Popatrz, przy stole cierpliwie czeka na ciebie Jezus.

Już długo. Być może za długo.

 

 

Przejdź do paska narzędzi